swaggy p

Jest listopad roku 2013. Kobe Bryant i Steve Nash przychodzą do klubowych placówek wyłącznie na zabiegi rehabilitacyjne, a Mike D’Antoni stara się coś ugrać P. Gasolem i zbieraniną graczy o dyskusyjnym poziomie jak na standardy ligi. Właśnie wtedy ostatni raz wygraliśmy trzy spotkania z rzędu. Tamte czasy z obecnej kadry pamięta tylko Nick Young, który zarówno wtedy jak i w tej serii ma swój wielki udział.

Jeszcze w wakacje niewiadomą była jego przyszłość. Po zeszłorocznych wybrykach i fatalnej formie klub starał się go wymienić. Mówiło się również o zwolnieniu, gdyby nie znalazł się żaden chętny na jego usługi. Mijał miesiąc za miesiącem, a Nick ciągle tkwił z drużyną. Walton nie chciał pozbyć się strzelca za bezcen i odbudowywał powoli jego pozycję. W preseason z każdym meczem grywał coraz więcej i na sam koniec było już pewne, że nigdzie się nie ruszy. Jednak rola jaką dostał na początku sezonu jest dużą niespodzianką. Stał się starterem pierwszy raz od gry w Wizards. Luke póki co stara się unikać gry latynosami na rozegraniu, więc Lou Williams został przesunięty do roli zmiennika Russella. Clarkson od początku wygląda na lidera z ławki i przyjemność wychodzenia w pierwszej piątce na pozycji rzucającego obrońcy przypadła Youngowi. Trzeba przyznać, że eksperyment przynosi rezultaty lepsze niż można było się spodziewać. Wiele mówiło się o poprawie gry w obronie Jordana, co jest efektem zakładu z trenerem, ale dużego zastrzyku motywacyjnego dostał w tej kwestii również Swaggy P. Wróciła jego forma strzelecka i nierzadko popisuje się dobrymi zagraniami w obronie. Uwierzycie? W ostatnich trzech meczach notuje średnio 17 punktów na 50% skuteczności z gry. Rzutu wolnego nie spudłował od marca. Nie jest minusowym zawodnikiem i tworzy się na nowo jego chemia z D’Lo. Obecni Lakers pokazują, że najbardziej popularne negatywne opinie o ich zawodnikach można schować głęboko w kieszeń i należy zacząć delektować się grą każdego z osobna.

Cały zespół mocno poprawił się w defensywie. Jest to zasługa wielu czynników takich jak nabrane doświadczenie młodych zawodników i szlifowanie ich umiejętności, dodanie do składu dobrych weteranów i oczywiście praca Waltona. Z ostatniej defensywy ubiegłego sezonu na ten moment jesteśmy na siedemnastym miejscu w tej samej klasyfikacji. Tracimy 6 punktów mniej na 100 posiadań i tyle samo więcej zdobywamy w porównaniu do poprzedniego roku. Dodatkowo byliśmy lepsi na tablicach we wszystkich meczach w ubiegłym tygodniu. Nic dziwnego, że zaczęliśmy wygrywać. Jesteśmy jak dotąd niepokonani w Staples Center i może tak pozostać jeszcze przez jakiś czas.

W ostatnim tygodniu zagraliśmy cztery spotkania. Po marnym występie z OKC przyszło nam się zmierzyć we wtorek z Pacers. Zespół Paula George’a w tym roku przeszedł rewolucję. Mają nowego trenera, zwiększyli siłę ofensywną i mieli być jedną z najlepszych ekip wschodniej konferencji. Mecz nie zaczął się tak jakbyśmy chcieli. D’Angelo i Julius musieli szybko zejść przez problemy z faulami. Na domiar złego gracze Indiany upodobali sobie za cel nie tylko kosz ale i twarz Timofeya Mozgova, który nie mógł dokończyć spotkania. Walton pierwszy raz w sezonie miał tego typu problemy i musiał kombinować z ustawieniem. Ostatecznie żaden podstawowy zawodnik nie zagrał nawet 22 minut, gdy ich vis-à-vis nie spadli poniżej 25, a PG-13 był zmuszony do gry przez 37 minut. Dlaczego? Ponieważ nawet z kłopotami Lakers nie odpuścili. Na 1:55 przed końcem jeszcze prowadziliśmy jednym punktem. Niestety chwilę wcześniej George odpalił god mode. Nie tylko zdobywał wszystkie punkty dla Pacers po szalonych rzutach, ale w obronie był nie do przejścia. Ostatecznie przegraliśmy 108 do 115, ale powody do zadowolenia zaczęły wracać. Obrona miała swoje momenty, a atak grał bez przestojów w przeciwieństwie do ostatnich dwóch spotkań.

Następnie czekał na nas drugi mecz w back to back. Rywal nie byle jaki, bo Atlanta Hawks. Smaczku dodawał debiut Ivicy Zubaca, który zastąpił na jeden wieczór Mozgova, a także jego pojedynek z Dwightem Howardem. Do Dwighta miłością nie palimy, więc tym bardziej chcieliśmy, aby wieczór należał do naszych centrów. Mecz zaczął się kapitalnie. Ivica zdobył pierwsze 4 punkty dla Lakers i odpowiadaliśmy koszem na kosz utrzymując przewagę jednego posiadania. Niestety Chorwat nie dawał rady fizycznie i w niecałe 6 minut miał na swoim koncie 3 faule. Atlanta zaczęła wchodzić w naszą obronę jak w masło i znikąd przegraliśmy kwartę 9 punktami, deficyt utrzymał się do przerwy. Przy kolejnych wejściach na parkiet Ivica unikał starć i Howard zdobywał jedne z najłatwiejszych punktów w swojej karierze. Ostatecznie Dwight zakończył mecz z 31 oczkami i razem z Timem Hardawayem ciągnęli ofensywę Hawks. Mecz wyglądał jakby miał się skończyć bez historii. Na szczęście 2 jastrzębie to za mało dla naszego zespołu. Zaczął grać Deng, poprawił się Russell z Randlem, ale największe słowa uznania należą się Lou. Williams w 4 kwarcie zrobił to co JC z Rockets. W pojedynkę masakrował obronę Hawks.

Dodając do tego świetne minuty Larry’ego i nieudolność Atlanty w wykorzystaniu np. Millsapa czy Korvera szybko wyskoczyliśmy na prowadzenie, które tylko wzrastało. Wygraliśmy 123 do 116 i wracaliśmy do LA w dobrych nastrojach.

W piątek przygotowani byliśmy na solidne lanie od GSW. Luke żartobliwie życzył im jak najsłabszego spotkania z racji spędzonego ze sobą czasu. Okazało się, że słowa byłego asystenta trenera zadziałały jak urok i faktycznie jego niedawni podopieczni zagrali koszmarnie. Curry nie trafił żadnej z 10 prób z dystansu, a Klay ciągle nie odnalazł formy po Igrzyskach. Zagrali jeszcze gorzej niż 6 marca, gdzie też dzięki nieskuteczności tej dwójki wygraliśmy mecz. Jedynie Draymond wyglądał jak on, a głównym dostarczycielem punktów dla GSW był Durant. Najaktywniejszym graczem Lakers był Randle. Grał ze zdwojoną chęcią przeciwko Greenowi, do którego jest porównywany i pierwszy raz w tym sezonie tak często atakował kosz. Zdobył 20 punktów i zaliczył 14 zbiórek.

Swoje dorzucił Russell, a z ławki dalej mogliśmy liczyć na Williamsa i Nance Jr.

Pierwszy raz w tym sezonie straciliśmy poniżej 25 punktów w pierwszej kwarcie i od razu mogliśmy cieszyć się z wysokiego prowadzenia. Zatrzymaliśmy Warriors na 97 punktach, czego nie zrobili nawet Spurs na inaugurację. Wygrana 20 punktami z wicemistrzami oraz bilans 0.500 zadziałały na nastroje. Walton starał się, aby przy ewentualnej porażce w następnym meczu z Suns zespół nie zatracił entuzjazmu, którym w tym momencie kipiał.

Ta nie wydarzyła się mimo genialnej gry Bookera. Nawet jego 39 punktów i niezła gra reszty podstawowych zawodników Suns nie wystarczyły na przykrycie braku wsparcia z ławki. 9 punktów rezerwowych Suns i minusowe współczynniki były nie do zniwelowania. Nie mieli pożytku nawet z Knighta, którego pozycja w zespole ciągle maleje. Suns mieli Devina, my odpowiadaliśmy Youngiem:

Wchodziliśmy do głów graczom Suns. W pewnym momencie Tyson Chandler nie wytrzymał. Po ofensywnym faulu i radości z tego faktu Juliusa, zaczął dyskusję z naszym podkoszowym, który chętnie zamienił z nim parę słów i kilka kuksańców z łokcia. Dostali po faulu technicznym i za moment Randle zamarkował grę 1 na 1, aby oddać piłkę na rzut za trzy Clarksona. Zabawa trwała w najlepsze, a uśmiech naszemu silnemu skrzydłowemu nie znikał z twarzy.

Po meczu martwić może jedynie wstrząśnienie mózgu Nance’a. Nigdy wcześniej nie zmagał się z podobnym urazem i jego gra z Dallas stoi pod dużym znakiem zapytania.

Po tym tygodniu wiemy, że naprawdę nikt w LA nie zamierza tankować po kolejny topowy wybór w drafcie. Talentu w zespole jest już od groma, teraz czas na jego udowadnianie. Wyróżnienia za ostatnie spotkania należą się Nickowi, Lou, Juliusowi i Larry’emu niekoniecznie w takiej kolejności. Prezentowali równą formę i w największym stopniu przyczynili się do uzyskania bilansu 3-1 w te 7 dni.

Dzisiaj czeka nas spotkanie przed własną publicznością z Mavs, którzy będą musieli sobie radzić bez Dirka Nowitzkiego i Derrona Williamsa. Są w tym sezonie 1-5. Ciężko o lepszą okazję do poprawy naszego wyniku. Później gramy z Kings, Pelicans, T-Wolves oraz Nets. Utrzymanie bilansu powyżej 50% wygranych jest jak najbardziej prawdopodobne. Nie przyjmę gorszego wyniku niż 7-5 po tej serii. Za wcześnie na rozmowę o playoffach, ale jeśli mają dziać się w dalszej części sezonu cuda, to trzeba wygrywać z potencjalnie najsłabszymi zespołami w stawce.