Orlando Magic, czyli jak stracić gwiazdy i zmarnować swoje okazje?

07/01/2019
fot. Peter Cosgrove/AP

Orlando Magic to jedna z młodszych organizacji w lidze, lecz o uznanej marce i z sukcesami. Jej potencjał jednak był znacznie większy niż osiągnięcia.

Kiedy myślicie o Orlando Magic zapewne przychodzą Wam do głowy początki kariery Shaqa, gdybanie na temat Penny’ego Hardawaya, dwie wizyty w Finałach NBA. Mi jako pierwsze ciśnie się słowo marnotrawstwo. Stracone okazje i szanse, złe decyzje, ale także pech. Jasne, pamiętam o momentach dominacji Magic, jak i o dwóch Finałach, czym dystansują przecież masę innych klubów. Mimo wszystko nie da się oprzeć wrażeniu, że stać ich było na znacznie więcej.

Sponsor serwisu

Orlando powstało w 1989 roku w wyniku poszerzenia NBA. Pierwsze lata to oczywiste kłopoty ze stworzeniem silnej drużyny i regularne lanie. Wszystko zmieniło się już w 1992 roku, kiedy to wybierając z pierwszym pickiem w drafcie wzięli oczywiście Shaquille’a O’Neala.

Shaq poprawił bilans zespołu o 20 zwycięstw, a Orlando minimalnie nie weszło do playoffs. Szczęście jednak znów się uśmiechnęło, kiedy to dostali pierwszy pick w drafcie i wybrali Chrisa Webbera. Postanowili jednak oddać go w kontrowersyjnej wymianie do Warriors w zamian za Penny’ego Hardawaya.

Niezwykle ciężko oceniać ten ruch – obecnie wydawać się może, że Shaq z Webberem stworzyliby cholernie silny i dobrze dopasowany duet, który wzmocniony strzelcami mógłby walczyć o tytuł przez lata (i być trudniejszym rywalem dla Rockets). Jeśli czytacie Wielką Księgę Koszykówki, są tam zawarte argumenty na to. Z drugiej strony – może z Chrisem nie weszliby w ogóle do Finałów, a z Pennym wiemy, że tak się właśnie stało. Ten akurat scenariusz zostawmy.

Źródło: Youtube.com/FreeDawkins

Case nr 1: Shaq Attack

Odejście Shaqa z Orlando to jeden z największych błędów i wręcz podręcznikowy przykład na to, czego nie robić, kiedy ma się w składzie genialnego zawodnika. W 1996 roku nie było zastrzeżonej wolnej agentury, zatem młody Shaq kończąc debiutancki kontrakt mógł wybierać, gdzie chce iść.

W tamtych latach były inne zasady finansowe i nie było ani maksymalnego możliwego wynagrodzenia, ani podatku od luksusu. Magic mieli do O’Neala prawa Birda, co już w ogóle ich ustawiało i de facto mogli dać mu pusty czek do wypełnienia. Shaq wziąłby trochę ponad 100 milionów i byłoby po bólu. W końcu podobne kontrakty dostali tego lata Juwan Howard i Alonzo Mourning. Zamiast tego, zarząd Orlando wyskoczył z ofertą 54 milionów dolarów. Za 23-letniego gościa notującego 27/12/3 blk, zajmującego drugie miejsce w głosowaniu MVP i niszczącego tablice. Gościa, który wprowadził Twój zaledwie kilkuletni zespół do Finałów NBA, pokonując po drodze Michaela Jordana. Policzek.

Na domiar złego – usprawiedliwiali to słabościami Shaqa na deskach (12,5 na mecz) i w obronie (2,8 blk). I jeszcze tym, że będą musieli zapłacić niedługo Penny’emu, więc muszą oszczędzić trochę kasy. W tamtym czasie, między O’Nealem i Hardawayem nie było już najlepiej, także świetny argument. To de facto mógłby być koniec, ale zarząd Magic wbił sobie jeszcze kilka samobójczych trafień. Zamiast poprawić ofertę, czekali spokojnie co zrobią inne zespoły, trzymając Shaqa w niepewności. Na koniec w sondzie pośród kibiców, wyszło na to, że Shaq nie jest wart 115 milionów. To mu nie dali. I pomyśleć, że ci bezmyślni Lakers zapłacili 120.

Źródło: Youtube.com/Lakers Nation

Case nr 2: Big Three

Po odejściu Shaqa pojawiły problemy zdrowotne Hardawaya, które zastopowały jego karierę i nadzieje Orlando na sukcesy. Jednakże bardzo szybko się podnieśli i w jedno lato prawie zbudowali dynastię. Latem 2000 roku za bezcen wyciągnęli Tracy’ego McGrady’ego i Granta Hilla i byli o jedną idiotyczną decyzję od dodania do nich Tima Duncana. Co się stało, że się zesrało? Doc Rivers nie zgodził się na podróże klubowym samolotem przez rodzinę Duncana (więcej). Nie zrobił tego dla MVP Finałów i najlepszego silnego skrzydłowego w lidze (a obecnie w historii).

Wciąż jednak mieli dwóch wymiataczy, prawda? No nie, ponieważ lekarze Magic wpadli na genialny pomysł. Grant Hill grał w playoffs w Detroit ze złamaną kostką, przeszedł w maju poważną operację i w lipcu wciąż chodził o kulach. Najwcześniej miał wrócić w grudniu. Dlatego też w meczu otwarcia w październiku kazali mu wyjść w pierwszym składzie i grać ponad pół godziny. Bo przecież co mogło pójść nie tak? Grant usłyszał po meczu, że ma grać dalej. W ten sposób skrócił swoją rehabilitację, a reszta to historia kolejnych kontuzji, które prawie kosztowały go życie.

Źródło: Youtube.com/OWN

Smutna historia, której winni są lekarze w Detroit i w Orlando. Nawet jednak jeśli Hillowi kontuzje były przeznaczone, wyobraźcie sobie pojedynki McGrady/Duncan vs Kobe/Shaq w Finałach. Patrząc na to, jak słaby był ówczesny Wschód, młody McGrady przed kontuzjami i z Duncanem obok spokojnie stworzyliby duet pewniaków do Finału. Ze zdrowym Hillem? Strach się bać, serio.

Źródło: Youtube.com/NBA

Case nr 3: Dwightmare

Sytuacja z Dwightem Howardem jest najtrudniejsza i nie chcę być tutaj źle zrozumiany. Dwight to primadonna i basta. Problem i błąd w tej całej sytuacji to brak zdecydowania w działaniach zarządu, który pogrążył ten zespół na następne lata. Kiedy Howard zaczął marudzić, prosić o transfer i gwiazdorzyć, klub nie potrafił się zdecydować, czy spełnić żądania, czy go udobruchać za wszelką cenę. Kiedy poprosił o zwolnienie trenera, też brakowało jasnej deklaracji. Przez to mieliśmy do czynienia z tym absurdalnym wywiadem i przez to wszystko co mogło, poszło nie tak, bo Orlando straciło i trenera i swoją gwiazdę, obu w złym stylu.

Źródło: Youtube.com/ybrekyert

Szybsze opowiedzenie się po jednej ze stron i sprawne działanie – tak to powinno wyglądać. Pomijam fakt, że w wielkiej wymianie z Howardem wzmocnili się realnie wszyscy oprócz Magic (po czasie się okazało, że również Sixers nie pykło). Przykładem niech będą dla nich Nuggets, którzy wcześniej wycyckali Knicks aż miło będąc w podobnej sytuacji. Dodajmy jeszcze transfery, które wkurzyły wcześniej Dwighta, prowokując całą dramę czyli Jason Richardson i Gilbert Arenas – really? Kto byłby zadowolony z takich wzmocnień?

Case nr 4: Tankowiec

Zakończenie tej całej szopki z Dwightem było spełnieniem pragnień wszystkich fanów koszykówki na świecie. Wtedy zaczął się proces przebudowy i Magic dzięki swojej utalentowanej młodzieży mieli lada moment wrócić do walki o prymat Wschodu. I tak to już siódmy rok leci. Mieli swoje szanse. O ile trafienie w drafcie w dobrego zawodnika często bywa loterią, o tyle niepoznanie się na talencie, który masz na co dzień, jest już błędem. I tak – draft 2013 to Victor Oladipo, który po całkiem przyzwoitych 3 sezonach został oddany za Serge’a Ibakę, nijak nie pasującego wtedy do niczego w Magic i po pół roku oddanego dalej. Ach, dodatkowo Magic odesłali z Victorem także Sabonisa. Podobnie było z Tobiasem Harrisem, pozyskanym w wymianie, który po podpisaniu nowego kontraktu w Orlando został oddany do Pistons za Ilyasovę i Jenningsa. Dario Saric też został wymieniony. Na Elfrida Paytona. Wszystkich tych ruchów dokonał genialny Rob Hennigan – wiecie ten od tablicy:

Patricio Garino

Podsumowując, Orlando miało dwukrotnie okazję zbudować dynastię (wokół Shaqa, lub Duncana). Mogli także być liczącą się siłą co najmniej kilkukrotnie w tej słabszej konferencji (znów Shaq, cierpliwość/czytanie raportów medycznych w przypadku Hilla, wsparcie dla T-Maca, czy wreszcie genialne transfery ostatnich lat). Czy w związku z tym można nazwać tą organizację, jedną z najgorzej zarządzanych w lidze? Według mnie, patrząc na ilość zmarnowanych okazji w tak krótkim czasie (30 lat), a także dobry rynek, jak najbardziej. Nawet pomimo dwóch wizyt w Finałach, gdzie odnieśli całe 1 zwycięstwo.

Kopiuj link do schowka