Odrobić 0-3, czyli Cavaliers (nie) sami przeciw historii

12/06/2017

126-0 – taki bilans serii best-of-seven w playoffs NBA mają drużyny, które wygrywały 3-0. Cavaliers chcieliby zastąpić zero jedynką.

Sprawa wydaje się prosta. Nikt nigdy nie wygrał pojedynku playoffowego, w którym przegrywał 0-3. Mało tego – nikt nigdy nie zrobił tego w starciu z tak niesamowicie napakowaną talentem drużyną jak Golden State Warriors 16/17. Mecz numer cztery?

View post on imgur.com

Faworytami są wciąż Warriors, ale jeśli Cavs wygrają mecz numer 5, pojawią się z pewnością nerwy… choć i tak Warriors pozostaną faworytami.

Szanse wyrównają się dopiero, gdy Cavaliers wygrają także mecz numer sześć (choć wciąż to grający u siebie Warriors będą mieli przewagę matematyczno-historyczną). Ile było przypadków na te 126 serii, doprowadzenia do meczu numer siedem? Trzy. Oto one:

#1 – New York Knicks – Rochester Royals, 1951. Royals (czyli dzisiejsi Kings) byli faworytem do wygrania Finałów 1951 i z tej roli wywiązywali się znakomicie w trzech pierwszych starciach. Mecze pierwszy i drugi wygrali średnią różnicą 22 punktów, a trzeci 78:71 po znacznie bardziej wyrównanej potyczce – skąd my to znamy, co? Knicks wygrali mecz numer 4 dzięki 22 punktom i 14 zbiórkom Harry’ego „Konia” Gallatina oraz draymondowskiej linijce Nata Cliftona – 14 punktów, 17 zbiórek, 6 asyst – który przed sezonem stał się pierwszym ciemnoskórym graczem z kontraktem NBA (tak, to było tak dawno), ale nie zadowolili się zwycięstem honorowym. Doprowadzili do stanu 3-3 i 75:75 na 40 sekund przed końcem meczu numer 7. Sfaulowana gwiazda Rochester, Bob Davies, trafił wówczas dwa rzuty wolne, a Royals już tej przewagi nie oddali wygrywając 79:75.

#2 – Denver Nuggets – Utah Jazz, 1994. O mamo, tamci Nuggets to było coś! Pamiętacie Dikembe Mutombo leżącego w ekstazie na parkiecie hali Seattle SuperSonics i wznoszącego nad głowę meczową piłkę? To nie był koniec emocji i historycznych wyczynów Denver w tamtych playoffs. Pierwsza w historii drużyna rozstawiona z numerem ósmym, która pokonała jedynkę, po tym jak wygrzebała się z dołka 0-2 w serii best-of-five z Sonics… wpadła w dołek 0-3 w starciu drugiej rundy z Utah Jazz. I co? I znów zaczęła heroiczne odrabianie strat. To jedna z najbardziej niedocenianych serii – w meczu trzecim Karl Malone doprowadził do dogrywki prawie-trójką, a Jazz wygrali 111:109, w czwartym game-winnerem odgryzł się Reggie Williams (83:82) dla Nuggets, piąte starcie zakończyło się wygraną Denver po dwóch dogrywkach na wyjeździe, a szóste minimalnym, trzypunktowym tryumfem (choć Robert Pack zrobił połowicznego Nicka Andersona pudłując dwa wolne na 6 sekund przed końcem i dając Jazz szansę na wyrównanie) rozstawionych z ósemką walczaków. Jak wiadomo, happy endu nie było (Utah wygrała 91:81), ale to była nieprawdopodobna pogoń!

#3 – Portland Trail Blazers – Dallas Mavericks, 2003. To była pierwsza runda playoffs, Mavs byli rozstawieni z trójką, Blazers z szóstką. W Dallas wciąż grał jeszcze Steve Nash, a także Nick Van Exel i Michael Finley, zaś Portland wciąż jeszcze nie rozgonili Jail Blazers, za to zdążył im się już zestarzeć 37-letni Scottie Pippen. Gracze z Oregonu wykorzystali bezwzględnie rozprzężenie Mavs, doprowadzając do meczu numer siedem i dwa z trzech spotkań w ramach pogoni kończąc blowoutami. W siódmym meczu Teksańczycy uniknęli jednak kompromitacji wygrywając 107:95. Zbalansowanemu atakowi Blazers przeciwstawił się Dirk Nowitzki, zdobywając 12 ze swoich 31 punktów w czwartej kwarcie.

Trzy to mało, ale precedens jest, szczególnie case Knicks jest budujący z punktu widzenia fanów Cavaliers, bo pochodzi z finałów.

Sport nie raz płatał figle statystykom i historykom, a najwięksi optymiści z Cleveland powinni rzucać w twarz krytykom szans swojej drużyny przykłady z innych lig. NHL i MLB mieli już bowiem swoje przypadki wygrywania serii po wyjściu z trzymeczowego dołka. Dokonało tego łącznie pięć drużyn:

– hokeiści Toronto Maple Leafs w 1942;

– hokeiści New York Islanders w 1975;

– baseballiści Boston Red Sox w 2004;

– hokeiści Philadelphia Flyers w 2010;

– hokeiści Los Angeles Kings w 2014.

Nie twierdzę – nikt nie twierdzi – że Cleveland Cavaliers są skazani na powtórkę któregokolwiek ze wspomnianych scenariuszy, ale dla budowania napięcia przed meczem numer pięć ważne jest przypominanie, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Kopiuj link do schowka