10 grudnia 2012 by Piotr Zarychta

Niszczący i zniszczeni tygodnia #6

Blake Griffin /fot. Flickr

Blake Griffin /fot. Flickr

W tym tygodniu wyróżnione zostają zespoły, które jeszcze niedawno zaliczano do najgorszych w całej NBA. Teraz jeden z nich należy do jej ścisłej czołówki, a drugi wygląda, jakby grał nie w tej lidze, co trzeba.

Los Angeles Clippers, czyli koniec żartów

Droga, którą przebył wiecznie drugi zespół z Los Angeles, jest czymś wyjątkowym w skali całej NBA. Jeszcze dwa lata temu Clippers startowali do rozgrywek jako wieczne pośmiewisko, zespół, który nigdy niczego nie osiągnął, a ze względu na skąpstwo właściciela, Donalda Sterlinga, nie miał też ciekawych perspektyw na przyszłość. Jednak dzięki Blake’owi Griffinowi i w mniejszym stopniu DeAndre Jordanowi, podopieczni Vinny’ego del Negro stali się jedną z najchętniej oglądanych drużyn w lidze, bo ich efektowna, pełna alley-upów gra cieszyła oko nawet niedzielnych kibiców.

Nie przynosiła jednak sukcesów i Clippers odgrywali rolę Harlem Globetrotters NBA. Od ubiegłego sezonu, a konkretnie od momentu pozyskania Chrisa Paula, stali się jednak zespołem na miarę najlepszej ósemki zachodu, a w tym roku nawet walki o mistrzostwo. Ich ubiegłotygodniowi rywale, a więc kolejno Jazz, Mavs i Raptors, dołączyli do wcześniejszych ofiar zespołu z Kalifornii, gdyż aktualna seria zwycięstw Griffina i spółki wynosi już sześć i ustępuje tylko serii Thunder, którzy zostali wyróżnieni tydzień temu.

O sile pierwszej piątki zespołu nie trzeba nikogo przekonywać, jednak Clippers mają też najszerszy skład na zachodzie, a może i w całej lidze; Jamal Crawford jest głównym kandydatem do nagrody najlepszego rezerwowego, a w ostatnich meczach oznaki życia zaczął dawać nawet Lamar Odom. Dodając do tego spodziewany już niedługo powrót Granta Hilla, Vinny del Negro będzie miał do dyspozycji dwunastu zawodników, z których każdy wnosi coś pozytywnego do gry. Wygląda na to, że prowadzeni przez Pana Pringlesa i mający mistrzowskie aspiracje Lakers, nie są już nawet najlepszą drużyną we własnym mieście.

[reklama]

Toronto Raptors, czyli dla każdego (przeciwnika) coś miłego

Szybcy, waleczni, żadni krwi i pewni siebie – żadne z tych określeń nie opisuje zespołu z Kanady w ostatnich dniach. Nie jest to niestety nic nowego, bo Raptors już co najmniej trzeci sezon z rzędu wyglądają jak drużyna z Euroligi, który zmuszona została do rywalizacji z zespołami NBA. Największym z rozlicznych problemów podopiecznych Dwane’a Casey’a jest defensywa, zwłaszcza w strefie podkoszowej.

Gdyby w miejsce Andrei Bargnaniego i Jonasa Valanciunasa do gry w obronie wystawić dwa strachy na wróble, efekt byłby podobnie żałosny.  Także rezerwowych Eda Davisa i Amira Johnsona nikt raczej nie pomyli z Sergem Ibaką czy Reggiem Evansem, a obwodową defensywę Raptors trudno nazwać chińskim murem. Raptors rozdają przeciwnikom zwycięstwa i punkty niczym koszykarska wersja Świętego Mikołaja, dlatego każdy z czterech ubiegłotygodniowych rywali Raptors zdołał rzucić im co najmniej 100 oczek, a Jazz potrafili zdobyć ich aż 131.

Mecz przeciwko zespołowi z Toronto, to także doskonała okazja do przełamania się dla zawodników mających kłopoty z formą. DeMarcus Cousins przed środowym spotkaniem z Raptors zwierzał się, że stracił dawną pewność siebie i nie jest zadowolony ze swojej postawy w tym sezonie. Altruistycznie nastawienie zawodnicy z Kanady pozwolili więc, by center Kings choć na chwilę zapomniał o wszystkich niemal kłopotach – dali mu zdobyć 25 punktów i zebrać trzynaście piłek oraz poprowadzić swój zespół do zwycięstwa. Biorąc pod uwagę zbliżająca się Gwiazdkę, najbliżsi przeciwnicy Raptors przebierają już nogami, by jak najszybciej odebrać swój prezent.

Tomasz Bielan