Szpital w LA i w Chicago

Grant Hill /fot. Flickr

Im bliżej startu sezonu, tym więcej minut dostają zawodnicy, którzy będą stanowili o sile zespołów. W przypadku Granta Hilla i Kirka Hinricha będzie jednak inaczej, ze względu na ich urazy.

Śledź ZkrainyNBA na Twitterze

Hill, po tym jak przez 5 lat w Phoenix był okazem zdrowia, przeniósł się do najbardziej pechowej drużyny NBA – LA Clippers. Jesteśmy dalecy od stwierdzenia, że istnieje jakaś klątwa, ale Hill nie zagra ani w meczu otwarcia, ani przez kolejne tygodnie.

Jak poinformował Vinny del Negro, rezonans magnetyczny potwierdził kontuzję prawego kolana u skrzydłowego. Sam zawodnik stwierdził, że 2 tygodnie to minimum przerwy, jaka go czeka.

Jesteśmy ostatnimi, którzy źle by życzyli jednemu z ostatnich przedstawicieli koszykówki z początku lat 90., ale jeśli jest miejsce, w którym łatwo o pecha, to właśnie są to Clippers.

W niedobrej sytuacji znaleźli się Bulls. O ile z kontuzją Derricka Rose’a wszyscy zdążyli się oswoić, to uraz jego zastępcy Kirka Hinricha jest dużym ciosem dla drużyny.

Na razie nie wiadomo jak poważny jest to uraz, pewne jest tylko, że to kontuzja pachwiny. Doznał jej podczas ostatniego meczu przedsezonowego. W tej sytuacji rola pierwszego rozgrywającego może przypaść Nate’owi Robinsonowi.

O ile sam Nate cieszy się z takiego rozwiązania, podobnie jak kibice lubiący koszykówkę efektowną, to już sam trener nie do końca. Robinson nie daje pewności gry według systemu Toma Thibodeau. Nie zdziwilibyśmy się zatem, gdyby Bulls spróbowali znaleźć kogoś na wolnym rynku.

Jako rozgrywający mogliby dolączyć Sundiata Gaines, Jonny Flynn, albo nawet Derek Fisher. Wszystko jednak zdecyduje się dopiero po diagnozie lekarzy o stanie zdrowia Hinricha.