Runął chicagowski mur
Czwarta porażka w sezonie, pierwsza na swoim parkiecie, a zwycięstwo przeciekło Bykom przez palce. W najważniejszym posiadaniu tego meczu, Derrick Rose oddał piłkę na obwód do Briana Scalabrine’go, który jednak spudłował trójkę z otwartej pozycji.
Nie powinniśmy żadnego z nich obwiniać za cokolwiek, bowiem tak to w NBA wygląda. Po prostu Bulls przyzwyczaili swoich fanów do zwycięstw i gdy przychodzi porażka to ciężko nam ją przetrawić, tym bardziej z przeciwnikiem z konferencji i potencjalnym rywalem w fazie rozgrywek posezonowych. Pacers szukali tej wygranej, bo uważali to za szansę na rewanż za pierwszą rundę play-offów 2011.
40% FG Bulls to naprawdę mało, jak na standardy, które Chicago ustaliło sobie w tym sezonie. Bardziej prawdopodobne były problemy strzeleckie w końcówce Pacers, którzy w poprzednią noc z Orlando rzucali na bardzo niskim procencie. Oczywiście zadziała tutaj obrona gości, którzy wyjątkowo dobrze ograniczali miejsce Bulls, którym brakowało płynności w dzieleniu się piłką, a co za tym idzie mieli problemy z kreowaniem pozycji do rzutu. Wiele z nich było kontestowanych i wymuszonych. Chciałbym jednak zaznaczyć, że mówimy tu o drugiej połowie tego spotkania, bowiem w pierwszych 24 minutach oba zespoły grały na podobnym poziomie. Ucieczka Bulls na sam koniec drugiej odsłony była bardziej chwilową szarżą, niż skutkiem dominacji nad rywalem, ale pomogła ekipie z Wietrznego Miasta wyjść na 10-punktowe prowadzenie.
Frank Vogel miał do dyspozycji wszystkich graczy prócz kontuzjowanego Jeffa Fostera. Tom Thibodeau z kolei po raz kolejny nie mógł skorzystać z Taja Gibsona i Luola Denga. Wiemy już, iż ten drugi będzie pauzował dłużej, ze względu na skomplikowaną kontuzję nadgarstka, podobną do tej, której nabawił się Kobe Bryant. Luola zastąpił w pierwszej piątce Ronnie Brewer i zasłużył na wyróżnienie jego nazwiska. Mimo porażki był jednym z najaktywniejszych graczy na parkiecie notując 20 punktów, 10 zbiórek i 5 asyst i 3 przechwyty. Był to jego najlepszy mecz w tym sezonie.
Jego bezpośredni rywal – Danny Granger nie dał się jednak podporządkować zawodnikowi Bulls. Zdobył 22 punkty, zebrał 9 piłek i trafił 3 ze swoich czterech prób za trzy punkty. Zwłaszcza on i Roy Hibbert dali się Chicago tej nocy najbardziej we znaki. Center Pacers zarówno w pojedynku z Joakimem Noah, jak i Omerem Asikiem – spisywał się równie dobrze, mając nad nimi wyraźną przewagę siłową w grze tyłem do kosza. Trafił 9/14 FG i tylko raz rzucał z półdystansu. Podkoszowi Bulls nie zagrali źle, ale nie zmienia to faktu, że Thibodeau chciałby, aby dostarczyli kilka łatwych punktów z pod kosza, co w tym sezonie przychodzi im z niewyjaśnioną trudnością.
Gospodarze nie trafili pięciu ostatnich trójek w spotkaniu w czwartej kwarcie byli 6/27 FG (21%!). Pacers trafiali wystarczająco dużo, by trzymać prowadzenie, niemniej gdyby White Mamba trafił trójkę w – jak wspominałem – najważniejszym posiadaniu tej nocy Bulls – ten mecz potoczyłby się zupełnie inaczej. „Ufam moim zespołowym kolegą. Nie mogłem oddać rzutu i myślę, że podjąłem dobrą decyzję. Gdybym miał to zrobić drugi raz, znowu podałby do Scala” – mówi Rose. „Nie umiem się doczekać kolejnego spotkania przeciwko nim” – dodał bezpośrednio po meczu. Rozgrywający Byków zanotował tego dnia 24 punkty, 3 asysty i jeden przechwyt.
Oba zespoły czeka dzień przerwy. Bulls powrócą na United Center by zmierzyć się z Milwaukee Bucks, Pacers z kolei udają się dalej na wschód, by w TD Garden podjąć Boston Celtics.
Śledź autora tekstu na twitterze











