Rozterki O.J.-a Mayo


Grasz w najlepszej lidze świata, twój zespół złapał właśnie wiatr w żagle, traktowany jest jako czarny koń rozgrywek posezonowych. Panuje wspaniała atmosfera, wszystkim udzielają się kolejne sukcesy, a apetyt każdego rośnie w miarę jedzenia. Przyszłość maluje się w różowych barwach, co chciałbyś zmienić? Chciałbyś odejść? Odechciało Ci się grać w koszykówkę? O.J. Mayo, wcale nie bezpodstawnie, miał w minionym sezonie podobne przemyślenia.

De facto pierwsze połowa sezonu 2010/2011 była dla niego przykrym doświadczeniem, bowiem nie odgrywał w zespole roli, która odpowiadałaby i zaspokajała jego ambicje. Jeżeli był w kręgu zainteresowania nawet takiego zespołu, jakim było w zeszłym sezonie Chicago Bulls, to jego umiejętności nie mogły być po prostu przebłyskiem formy, którą prędzej czy później i tak przestałby zachwycać. Gwoździem do trumny jego przygnębienie z powodu swojej pozycji w zespole była informacja, iż Grizzlies mieli zamiar pozbyć się go z zespołu i wytransferować do Indiany.

Szala goryczy się przelała, nie można więc winić O.J.-a za jego ostatnie słowa na temat minionego sezonu: „To była jedna z najtrudniejszych rzeczy w moim życiu. W pewnym momencie myślałem nawet – czy ja nadal chcę grać?” Odwilż w nastawieniu zawodnika do gry przyszła wraz z kontuzją Rudy’ego Gaya. Mayo odzyskał w zespole status gracza, którego dzisiaj nazwalibyśmy game-changerem i w playoffach był bardzo ważną częścią układanki Lionela Hollinsa. Czy nadal powinien czuć się pokrzywdzony?

Pytanie powinno być skonstruowane inaczej – czy w ogóle powinien czuć się pokrzywdzony przez zespół? Mimo wszystko na swoim sumieniu też miał kilka niepotrzebnych wybryków, które z pewnością mogły mieć wpływ na to, iż minione rozgrywki raczej szybko puści w niepamięć.

Komentarze

komentarzy