RIP wygrywa „u siebie”

Dzisiejsze spotkanie Bulls sprawiło, że niedosyt – mimo wygranej – po rywalizacji z poprzedniej nocy całkowicie zniknął. Dyspozycja Byków tamtego dnia była wypadkiem przy pracy, szczęśliwie wyszli z tego obronną ręką. Nowy dzień, nowe nadzieje i przede wszystkim jeden z najsłabszych zespołów obecnego sezonu – Detroit Pistons. Goście cały mecz trzymali w ryzach nieokiełznanych jeszcze przez Lawrence’a Franka Tłoków. To była odpowiednia lekcja dla młodego trenera. Bulls w międzyczasie odnoszą piąte zwycięstwo z rzędu w rozgrywkach oraz dwunaste z rzędu przeciw zespołom ze swojej konferencji i są na najlepszej drodze, aby powtórzyć osiągnięcie z sezonu regularnego 2010/2011. 

Siła Bulls tego dnia tkwiła przede wszystkim w graczach podkoszowych, to był zdecydowanie dzień front-courtu. Współpraca w polu trzech sekund między Carlosem Boozerem i Joakimem Noah rozwija się od początku sezonu i idzie w dobrym kierunku. Interior passing między nimi i umiejętność ściągnięcia na siebie drugiego obrońcy, dała Bulls w tym spotkaniu dominacje pod koszem w newralgicznych momentach. Do tej spółki dołączył jeszcze wychodzący z ławki Taj Gibson. Trójka zdobyła łącznie 44 punkty, trafiając 19/33 FG, czyli przeszło 50%-owa skuteczność. Run 20:7, którego byliśmy świadkami w drugiej kwarcie, był dziełem w głównej mierze graczy wysokich.

Dobry tandem stworzyli ponadto dziś Derrick Rose z Richardem RIP-em Hamiltonem, głównie na pół-dystansie. Już przed rozpoczęciem sezonu dużo mówiło się o tym, że gra tej dwójki będzie dla Bulls być albo nie być w 2011/2012. Stwierdzenie trochę na wyrost, ale dzisiaj widać było, jak ważna jest współpraca między tymi zawodnikami. Obaj są dobrymi passerami, obaj mają nieprzeciętnie umiejętności strzeleckie, a przede wszystkim znają swoją pozycję w zespole i nie wyrywają się do gry indywidualnie, przedkładając ją nad grę zespołową. Do 10 asyst Rose’a, Hamilton dołożył 5, ponadto razem zdobyli 31 punktów, na nieco słabszej skuteczności niż front-court.

„Nie mogłem się doczekać, żeby znów rzucić. Wcześniej przewinęło się przeze mnie sporo emocji, tym razem byłem tu jako gość. Nie jestem do tego przyzwyczajony w tym budynku i to wcale nie było dla mnie takie łatwe. Starałem się powstrzymać łzy, żeby nie płakać nad czymś tak szalonym” – mówił po meczu RIP.

Z kolei game-changerem dla Pistons mógł okazać się Will Bynum, który dołączył do gry w czwartej kwarcie. Świeżość w nogach i spokojny umysł pomógł mu nieco naprostować Tłoki, lecz prócz kilku hustle-playes nie był w stanie zrobić nic więcej, by zmobilizować zleniwiałych kolegów do pokazania więcej serca na boisku. Na tle reszty zespoły wyróżniali się Jonas Jerebko i Greg Monroe – na ten moment gracze, z którymi Frank powinien wiązać nadzieję na udaną przyszłość tego zespołu, jakkolwiek abstrakcyjnie to teraz brzmi. Dwójka zdobyła razem 32 punkty. Co więcej Monroe wygrywał dziś na tablicach pojedynki z Boozerem i Noah, lecz jego problemem był brak drugiego podkoszowego, który zapewniłby mu więcej wsparcia. Ben Wallace skończył się kilka sezonów temu, Maxiell próbował, ale w match-upie z Boozerem wyglądał, jak Dawid z Goliatem.

Zawiódł – tę garstkę fanów zgromadzonych na trybunach – Ben Gordon. W poprzednich meczach Tłoków to on w głównej mierze był go-to-guyem i to w jego ręce najczęściej trafiała piłka. Dzisiaj w spotkaniu przeciwko Bulls trafił tylko 2/10 FG i był kompletnie bezużyteczny. Powodów tak słabej dyspozycji zawodnika powinniśmy szukać w niemal bezbłędnej dzisiaj obronie gości z Wietrznego Miasta. Zarówno na obwodzie, gdzie coraz lepiej wygląda pick’n’roll defense, jak i w polu trzech sekund. Podobać może się również wielka determinacja Byków, gdy ktoś rzuca z otwartej pozycji, a i tak wyłoni się nagle przed nim długa ręką któregoś z obrońców. W ten sposób shooter czuje na sobie więcej presji. Ostatecznie Tłoki zatrzymały się na skuteczności 41% FG, na co duży wpływ miała lepsza druga połowa. Niemniej w początkowej fazie, czuli się tak przytłoczeni, iż nie byli w stanie przemóc obrony Bulls, trafiając w pierwszej kwarcie 23% swoich rzutów.

Trzeba wziąć poprawkę na to, iż było to drugie spotkanie back2back Bulls i w czwartej kwarcie wyraźnie widać było już zmęczenie niektórych zawodników. Dziwiłem się, dlaczego Thibs tak długo trzyma na parkiecie starterów, ale najwyraźniej chciał mieć pewność, że ten mecz nie przecieknie mu przez palce. Z drugiej stron bench-mob kolejny dzień wystawia o sobie tak dobre świadectwo, że chciałoby się ich oglądać więcej. Z ławki zdobyliśmy dziś 34 punkty, ale co ważniejsze – rezerwowi Bulls są konsekwentni w obronie i podtrzymują jakość defensywną zespołu w momencie, gdy Thibodeau daje odpocząć starterom. Rywale byli bezradni zarówno, gdy na jedynce grał John Lucas III, czy Derrick Rose.

Byki rozdały w tym spotkaniu 31 asyst, przy zaledwie 18 Pistons i są na tę chwilę jednym z najlepiej podających zespołów w lidze – w drugiej kwarcie na 13 trafionych rzutów aż 11 było asystowanych. Ostatni raz przeciwko Detroit Pistons, Byki zanotowały taką statystykę w styczniu 2001 roku.

Chicago Bulls swój kolejny mecz rozegra na wyjeździe przeciwko Orlando Magic. Detroit Pistons z kolei, także na parkiecie rywala – zmierzą się z Philadeplhią 76ers.

Śledź autora tekstu na twitterze