Rip Hamilton w Bulls, Baron Davis bez klubu

W cieniu największego transferu tegorocznego offseason doszły do skutku dwa kolejne ważne ruchy kadrowe. Chicago Bulls pozyskali Ripa Hamiltona, a Cleveland Cavaliers na zasadzie amnestii pożegnali Barona Davisa.
Hamilton kilka dni temu został zwolniony z kontraktu przez Pistons. W ostatnim sezonie popadł w konflikt z ówczesnym trenerem drużyny Johnem Kuesterem i kwestią czasu było jego odejście z Motown jeszcze w trakcie ostatnich rozgrywek. W końcu jednak został w drużynie, wrócił do gry i wyglądało, że wszystko będzie szło w lepszym kierunku. Ostatecznie jednak rozstał się z Detroit i stał się wolnym agentem.
Od razu głośno się mówiło o zainteresowaniu Bulls, którym najbardziej brakowało właśnie gracza na pozycji numer 2. Poza Hamiltonem wymieniano jako kandydata Jamala Crawforda. Jednak pozyskanie Crawforda było ryzykowne, bo jest to gracz, który potrzebuje mieć często piłkę we własnych rękach, co kolidowałoby ze stylem gry Derricka Rose’a, a to właśnie jego interes jest teraz najważniejszy dla całej organizacji Bulls.
Hamilton będzie biegał po linii końcowej, obcinał się na zasłonach i rzucał tak jak Kyle Korver, tylko że z bliższej odległości i zapewni lepszą defensywę. Dokładnie tego potrzebowali Bulls, którzy musieli się ratować wystawianiem na tej pozycji w ubiegłym sezonie Keitha Bogansa. Bogans jest niezłym obrońcą, ale to za mało na drużynę tego kalibru co Bulls.
Na zakręcie trochę stanęła kariera Barona Davisa. Cavaliers zdecydowali się pozbyć jego kontraktu na zasadzie amnestii i nie zanosi się, żeby szybko znalazł sobie nowe miejsce pracy. Problemem nie jest brak chętnych, bo tacy są na pewno, chociażby Knicks i Lakers. Kluczem do jego przyszłości jest zdrowie.
Davis bowiem ma problemy z kręgosłupem, a dokładnie mówiąc z wypadającym dyskiem. Jest to kontuzja, która może go wyłączyć z gry nawet na 2-3 najbliższe miesiące. W takiej sytuacji wątpię, żeby ktoś zaryzykował zatrudnienie go w drużynie. A szkoda takiego zawodnika, bo mimo swoich lat i coraz większej upartości i chęci grania pod siebie potrafi nieźle namieszać, o czym w ostatnim sezonie przekonali się choćby New York Knicks, gdy Davis wraz z Cavs wygrał na ich parkiecie.
Śledź autora tekstu na Twitterze