Podział zysków fundamentalną kością niezgody

Kolega Adam Wiśniewski w swoim tekście na temat wczorajszego spotkania wspomniał o tym, że strony pozostają w lesie, jeśli chodzi o podział zysków między ligą a zawodnikami. Nic nie wskazuje na to, jakoby wkrótce miało to ulec zmianie. Przed rozpoczęciem lockoutu, gdy negocjacje ledwo raczkowały, analitycy i dziennikarze w swoich przewidywaniach wyraźnie podkreślali problem podziału zysków. Znalezienie w tej sprawie wspólnego języka określano jako szukanie igły w stogu siana.

Jeszcze podczas finałów, gdy unia graczy przymierzała się do pierwszego spotkania z władzami ligi, Billy Hunter – dyrektor wykonawczy NBPA, w imieniu zawodników przedstawił warunki, których domagają się gracze. Pośród wielu był oczywiście ten nawiązujący do podziału zysków. Wówczas propozycja obejmowała redukcję z 57% wpływów do 54% bądź 53%. Hunter sam wyglądał na przekonanego, że to sprawiedliwy podział i w dłuższej perspektywie czasu władze ligi odczują pozytywną zmianę. Druga strona nie podzielała jednak optymizmu związku zawodników i domagała się znacznie bardziej dotkliwego cięcia, bo aż do 44%, a następnie do 46%, co zostało potraktowane jako ostateczna propozycja. Zgadnijcie teraz, co się od tego czasu zmieniło? Ujmę to w najprostszy możliwy sposób – nic. Tyle, jeśli chodzi o fakty.

Postarajmy się – w bardzo powierzchowny sposób – rozłożyć tę kwestię na czynniki pierwsze. Derek Fisher wspomniał, że w sprawie BRI (Basketball Related Income) strony negocjujące muszą wspiąć się na naprawdę wysoką górę. Hunter nie popisał się rujnując metaforę zawodnika Los Angeles Lakers, bowiem dodał jeszcze kilka fachowych słów, które w terminologii finansowej oznaczają spory problem. Jego realizm to mimo wszystko jedyne słuszne podejście do sprawy ekonomicznych aspektów nowego CBA. Nie możemy szukać substytutów, które zastąpią takie słowa jak: wpływy, podział zysków etc. Natomiast myślenie, że dziennikarze robią z tego widły z igły jest niczym bagatelizowanie problemu głodu w krajach trzeciego świata.

Kwestia salary cap, tak jak i mid-level exception to sprawy, które w świetle BRI wydają się być kroplą w morzu. Dopóki strony nie będą uparcie przekonywać się do swoich racji, nie będą także postępować w myśl zasady – Audiatur et altera pars (niech będzie wysłuchana i druga strona), co godzi zarówno w człowieczeństwo, jak i naturalną ewolucję. Na takim szczeblu z pewnością jakiekolwiek ustępstwo nie przychodzi łatwo, ale z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego jest to absurd, który ogarnąć mogą tylko milionerzy. Naturalnie najbardziej sprawiedliwym podziałem byłoby 50 na 50. Pochodną takiego rozwiązania kwestii BRI byłoby znaczne skrócenie sezonu lub jego całkowite odwołanie. By zrzedła wam mina jeszcze bardziej – ten scenariusz jest jedną z faktycznych opcji.

Gra psychologiczna, której jesteśmy świadkami polega na spokojnym kalkulowaniu i nie okazywaniu słabości, a co jeśli jest to tylko przykrywka, aby uzyskać minimum korzyści? Mówię o tym, że może być równie dobrze tak, iż władze ligi czekają aż zawodnicy zejdą do 52% bądź 51%, z kolei unię graczy cieszyłoby ustępstwo na 48% bądź 49%. Diabeł nie taki straszny, jak go malują, ale to nadal zaledwie domniemania.

PS: Lockoutowo się dzisiaj u nas zrobiło.

Śledź autora tekstu na twitterze

 

Czytaj także:

Sezon nie zacznie się o czasie

Kolejne spotkanie bez efektów

Wade krzyczał na Sterna

Komentarze

komentarzy