Obama też ma dość

W gruncie rzeczy prosty człowiek. Jak powiedziałby to znany polski raper – krew, pot, sperma i łzy. Prezydentów Stanów Zjednoczonych niejednokrotnie podkreślał swoje przywiązanie do rodzimej dyscypliny sportowej, toteż jego rozczarowanie obecnym statusem ligi jest całkowicie zrozumiałe. W tej konkretnej sytuacji, Barack Obama wszedł w buty zwykłego fana, co z pewnością zagra także na jego korzyść w sensie wizerunkowym. Społeczeństwo lubi prostych ludzi na najwyższych stanowiskach.

Odnośnie koszykarskiego zacięcia prezydenta USA – nie wolno nam zapomnieć o jego kolorze skóry. To jest tutaj niejako czynnikiem, który zdeterminował tę prawidłowość miłości do koszykówki czarnoskórego człowieka. Rzekomo biali nadal nie potrafią skakać (a Blake Griffin jest wybrykiem natury). W głównej mierze musimy także wziąć pod uwagę pochodzenie Baracka Obamy. Dorastając na ulicach Chicago, które w czasie rozgrywek NBA przepełnione są duchem Bulls, musiał wchłonąć ten lokalny patriotyzm nieodłącznie powiązany z fascynacją do Byków z Madison Street. Natomiast już jako młodzieniec był dla swoich rówieśników przykładem pospolitego afroamerykanina z piłką do kosza pod pachą. Los w życiu dał mu szansę zaistnieć na międzynarodowej arenie politycznej i choć sukcesywnie wspinał się po kolejnych szczeblach, nie zapomniał o roli, jaką w jego życiu odegrała koszykówka.

Jakiś czas temu w prasie – głównie amerykańskiej – gruchnęła wiadomość o kontuzji prezydenta Stanów Zjednoczonych, której nabawił się podczas gry w basket. Oczywiście, podążając pewnymi formami dziennikarskimi, tak przewrócono kota ogonem, że pojawili się i tacy, którzy zaciągali już kredyt, by organizować kolejną kampanię prezydencką. Ile to razy nam się zdarzało zedrzeć kolano, rozwalić łuk brwiowy, czy wargi, o poważniejszych kontuzjach nie wspominając. Jedynie pocieszenie jakie wówczas słyszeliśmy to, że do wesela się zagoi. Obama nie ustosunkował się do całej sprawy jakimś komentarzem. Skwitował wątek wracając na boisko by porzucać nieco pomarańczową do kosza, czy to z zawodnikami NBA, czy to z graczami zespołów uniwersyteckich, czy to w trakcie spotkań z różnymi grupami społecznymi. Bezpodstawne są z tego powodu dla mnie oskarżenia, mówiące o braku interakcji prezydenta z ludźmi. Z przyczyn merytorycznych oraz tematycznych nie będę wchodził w polemiką odnośnie innych dziedzin jego działalności. Niemniej na płaszczyźnie ludzkiej jest to klawy gość.

Wręcz kultowe stały się już spotkania zwycięskiej drużyny z prezydentem w murach Białego Domu. Niemal z każdą taką okazją, Barack Obama otrzymuje jersey z numerem 1 i swoim nazwiskiem. Przypatrując się niektórym zdjęciom z takich audiencji, można odnieść wrażenie, że głowa państwa jest przyjacielem amerykańskiej koszykówki i bardzo zależy mu, aby nie była kolosem na glinianych nogach, czego jesteśmy świadkami obecnie. Liczne odwiedziny Verizon Center w Waszyngtonie, pochlebne wypowiedzi na temat gry Derricka Rose’a oraz Chicago Bulls – to wszystko zdejmuje z niego oblicze szarej eminencji oraz w pewien sposób pozwala zapomnieć o jego pozycji. Przydatne alter-ego.

Czy jako najwyższy urzędnik państwowy traktuje lockout jako zło konieczne? Czy jako intelektualista jedzie w tej sprawie na jednym wózku z władzami ligi bądź zawodnikami, ze względu na finansowy charakter negocjacji? Obama mimo posiadania umiejętności oceny problemu, odczuwa w tej sprawie podobne emocje, jak miliony fanów basketu z całego świata. We wtorek podczas okazjonalnego spotkania z Dwightem Howardem, przyznał, że opóźnienie rozgrywek łamie jego serce. Mimo to głęboko wierzy, że wkrótce ten monotematyczny serial dobiegnie końca i niebo nad ligowymi parkietami przejaśni się na dobre. Zgrabnie ominął prawdę, by odrobinę nakarmić nadzieją tych, którzy ciągle łudzą się nadziejami na rychły start rozgrywek. Intencje jak najbardziej szlachetne, wszak głos przywódcy potrafi naprawdę wiele.

Suma sumarum – Koszykówka to integralna część życia prezydenta Stanów Zjednoczonych. To, o czym napisałem jest zaledwie namiastką koneksji Baracka Obamy z basketem. Jeżeli czas pozwoli i uda mi się wyczerpać temat na tyle, by choć w małej części był interesujący – to bez wątpienia wykorzystam jego potencjał w następnym wpisie.

Śledź autora tekstu na twitterze

 

Zobacz także:

STAT pesymistycznie o lokoucie

Co zabiorą nam dwa tygodnie

NBA odwołuje pierwsze 2 tygodnie sezonu

Komentarze

komentarzy