Małpi tygrys
Gościnny tekst autorstwa Piotra Szeleszczuka
Czy można być jednocześnie przykładnym ojcem i wytatuować sobie usta kochanki na karku? Czy można zostać numerem jeden draftu ze złamaną nogą? Czy można ogłosić się najlepszym graczem finałów, a potem trafić 3 z 23 rzutów w decydującym meczu? Wszystkie te pytania mają jedną odpowiedź – TAK, oczywiście jeśli jest się Kenyonem Martinem.
Wiecie, co to jest bearcat? To angielska nazwa leśnego zwierza, takiego przerośniętego kota z pyszczkiem łasicy. Zwierz ów biega po drzewach południowej Azji, jest też m.in. maskotką akademickiej drużyny Cincinnatti. Niestety, w Polsce zamiast budzącego szacunek określenia „kotoniedźwieź” lub coś w tym stylu, bearcata zwykło się określać… małpim tygrysem. Kontrowersyjne, prawda? Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Małpi tygrys to określenie, które świetnie podsumowuje karierę najsłynniejszego w ostatnich latach absolwenta Bearcats – Kenyona Martina.
Detektyw na tropie
Kenyon stał się bearcatem, bo Bob Huggins, ówczesny trener Cincinnatti, lubi mieć w zespole skocznych i
atletycznych czarnoskórych zabijaków. Z tercetem Martin, Danny Fortson i Ruben Patterson po swojej stronie mógł wygrywać mecze w NCAA, ale też – gdyby zaszła potrzeba – spokojnie pokazać się w najgorszych zaułkach Bronksu czy Compton. Trzeba jednak oddać Hugginsowi, że pod jego okiem K-Mart zrobił ogromne postępy.
Gdy rozpoczynał studia, umiał tylko bardzo wysoko skakać i szybko biegać. Na pierwszą rundę draftu spokojnie by starczyło, ale trener przekonał go, że jeśli zostanie na studiach, zyska więcej. Martin posłuchał i nie żałował. W ciągu czterech lat zrobił taki postęp, że w 2000 roku został wybrany najlepszym graczem sezonu zasadniczego ligi akademickiej. Jednak gdy wszyscy spodziewali się, że poprowadzi swoją drużynę co najmniej do Final Four, K-Mart złamał nogę i March Madness oglądał z ławki. Uraz nie przeszkodził mu jednak zostać ostatnim jak do tej pory koszykarzem wybranym z pierwszym numerem draftu, który ukończył studia. Tak, gangster K-Mart to… magister kryminalistyki.
Ekipa z New Jersey
Wybór Martina był jednym z pierwszych zaskakujących ruchów Roda Thorna, nowego menedżera New Jersey Nets. W ciągu następnych 12 miesięcy były menedżer Bulls jeszcze kilka razy zagrał ryzykownie. Pozbył się Stephona Marbury’ego, a sprowadził Jasona Kidda i Richarda Jeffersona. Efekt? W 2002 roku Nets dotarli aż do finału NBA, gdzie jednak zostali rozbici 4:0 przez Lakers. W kolejnym sezonie znów był finał, tym razem ze Spurs i porażka 2:4, a w 2004 roku pary starczyło tylko na półfinał wschodu, gdzie marzenia Nets przerwali Detroit Pistons.
Te trzy lata sukcesów są w dużej mierze zasługą świetnej gry Martina. Dynamiczny, agresywny skrzydłowy potrafił fenomenalnie wykorzystać genialne podania Kidda. Ich dwójkowe akcje były jedną z wizytówek ligi na początku XXI wieku. W ciągu trzech lat gry w Nets jego średnie skoczyły znacząco – z 12 punktów i 5 zbiórek w debiutanckim sezonie do prawie 17 punktów i niemal 10 zbiórek. Docenili to także trenerzy, którzy w 2004 roku wybrali go do Meczu Gwiazd. Określenie „sky is the limit” było jak najbardziej na miejscu.
Mo money, mo problems
W 2004 roku Martinowi skończył się debiutancki kontrakt, więc K-Mart nie wahał się długo i zażądał od Nets nowego, oczywiście na maksymalną sumę. Zespół z New Jersey poskąpił, ale Denver Nuggets zdecydowali się rozbić banki i wyłożyli na stół sześcioletnią umowę, wartą ponad 82 miliony dolarów z opcją na jeszcze jeden sezon za 11 milionów. Żyć, nie umierać.
A potem wszystko poszło zgodnie z tym, co rapował kiedyś Notorius BIG. Po pierwszym, niezłym sezonie w Denver Kenyon zaczął narzekać na problemy ze zdrowiem. Latem 2005 roku przeszedł operację lewego kolana i w kolejnym sezonie opuścił 26 spotkań. Gdy wydawało się, że wszystko jest w porządku, Martin pokłócił się z trenerem Georgem Karlem. Powód? Koszykarz wściekł się, że gra za krótko i odmówił wyjścia na parkiet w drugiej połowie meczu z LA Clippers. Władze Denver odsunęły go za to od zespołu i zaczęły szukać frajera… eee, chętnego na transfer. Jednak nawet w NBA nie ma menedżerów na tyle głupich, by wzięli do siebie horrendalnie przepłaconego, kłótliwego i na dodatek nie w pełni sprawnego zawodnika. Karl i Martin musieli się więc pogodzić, ale sielanka trwała krótko. Zaledwie po dwóch meczach kolejnego sezonu K-Mart znów położył się na stół operacyjny. Tym razem nie wytrzymało prawe kolano.
Kierunek: Chiny. Cel: kasa!
Trapiony przez kontuzje Martin tracił reputację koszykarza, a zyskiwał famę awanturnika. Już kiedyś nie popisał się, gdy wyśmiewał problemy z nerką swojego kolegi z drużyny Alonzo Mourninga. Problemy wróciły w 2006 roku. Gdy przechodził rehabilitację, siadywał tuż za ławką rezerwowych i powiedzmy, że dość często hmm… ekspresyjnie okazywał uczucia.
Gdy podczas meczu z Chicago jeden z fanów zwrócił mu uwagę, Martin pokazał na krewkiego kibica palcem, a jeden z jego goryli ryknął „zamknij się, bo wyciągniemy cię z hali i skopiemy tyłek”. Rozochocony Martin krzyknął jeszcze do innego kibica, że jest „pie… białym grubasem”. Na polskich stadionach byłoby to uznane niemal za komplement, ale w USA takie rzeczy traktuje się poważnie. Kenyon dostał 15 tysięcy dolarów kary, ale bardziej zabolało go pewnie to, że jego ziomale dostali wilczy bilet na mecze Nuggets.Kilka tygodni później zwyzywał jeszcze dziennikarza w Dallas.
Opamiętanie przyszło w ostatnim momencie. Przed sezonem 07/08 Kenyon zapowiedział, że karierę zaczyna od nowa, a na dowód tego zmienił numer z szóstki na czwórkę. Niewielu wierzyło, ale… słowa dotrzymał. Zdewastowane kolana nie nosiły go już tak, jak kiedyś, ale mimo to był ważnym graczem liczących się w play-off Nuggets. Gdyby liga grała normalnie, pewnie byłby latem jednym z najbardziej rozchwytywanych wolnych agentów. Jednak Martin i tak może być z siebie dumny, bo mimo lockoutu znów rozbił bank. Za kontrakt na jeden sezon w chińskiej drużynie Xinjiang Flying Tigers zainkasuje dokładnie 2,65 miliona dolarów netto. To rekord w historii ligi CBA. Oczywiście wszystko byłoby pewnie fajnie, gdyby nie skończył się lokaut. Martin szybko zatęsknił za Ameryką, ale władze chińskiej ligi są nieugięte. Efekt? Kontrakt został rozwiązany w grudniu, ale Martin do marca ma przymusowe wolne, bo wcześniej nie dostanie listu czystości. A miało być tak pięknie…
Ćwierkanie na ostro
Co robił samotny i znudzony Kenyon w Chinach? Oczywiście toczy prywatne wojny na Twitterze. Oto nieudolne tłumaczenie (UWAGA! Na BARDZO ostro!) najsłynniejszej z nich, po oryginał odsyłam do Google. Jak na twardego ziomka przystało, K-Mart rozpoczął od propozycji by jego wrogowie podali mu swoje adresy, aby mógł zajechać do nich osobiście i skopać im tyłki. Potem stwierdził, że pyskujące mu czarnuchy to w rzeczywistości cioty, które udają twardzieli. Potem wszedł w „dialog” z innym użytkownikiem, którego poinformował, że jest miękką kanadyjską ciotą, którego matka pracuje w burdelu. Następnie zaproponował mu powolną śmierć i poprawił propozycją obessania fiuta nieboszczykowi zmarłemu na AIDS. Na koniec wszystkim swoim przeciwnikom życzył seksu oralnego zakończonego zarażeniem HIV. Ciągu (o matko!) dalszego niestety nie było, a kilka godzin później konto K-Marta zniknęło.
Kronika towarzyska
Koszykarska kariera Martina to ciekawa opowieść, ale życie prywatne… taaak, tu też się dzieje. – Moje dzieciństwo było ciężkie. Zdaje więc sobie sprawę, że brak rodzicielskiej opieki i autorytetów w domu może pchnąć młodych ludzi w kierunku narkotyków i przestępczości – pisze Martin na stronie swojej fundacji, która pomaga najmłodszym. Sama prawda – ojcem koszykarza, jest Paul Roby, ale jego udział w życiu rodzinnym Martinów ograniczył się do hm… aktu stworzenia. Ciekawostką jest fakt, że Roby, kiedyś utalentowany koszykarz, to również ojciec Richarda Roby’ego – gwiazdy uniwersytetu Colorado, obecnie grającego zawodowo w Europie.
Wychowany przez matkę i starszą siostrę Martin był trudnym dzieckiem. Jąkał się i często wyśmiewany za to przez rówieśników, odpowiadał pięściami. Uspokoił się dopiero na studiach i gdy już trafił do NBA, we wszystkich wywiadach podkreślał, że chce być wzorem ojca dla swoich dzieci – synów Kenyona juniora, Karmona i córki Cierry, urodzonej w czasie finałów z San Antonio w 2003 roku. Pamiętacie te buziaczki, które posyłał (wzorem Jasona Kidda) w trybuny? To dla jego wieloletniej partnerki, a potem żony – Heather Thompson.
Jeśli jednak zdrapiemy ten lakier i poszukamy głębiej, okaże się, że K-Mart wcale nie jest taki święty. Przed związkiem z Heather był przez dwa lata żonaty z niejaką Fatimą Conley, którą poznał jeszcze na studiach. Jednak prawdziwa bomba wybuchła na początku 2007 roku, gdy paparazzi przyłapali Martina z gwiazdeczką hip-hopu Triną. Któż to? Autorka m.in. albumów „Da Baddest Bitch” czy „Glamorest Life”, aktorka i celebrytka, choć z hollywoodzkiej drugiej ligi. Z jednym wyjątkiem – lista romansów Triny jest zdecydowanie pierwszoligowa. Są na niej m.in. Lil’ Wayne, Jamie Foxx czy Mark Wahlberg. K-Martowi to jednak nie przeszkadzało, a swoje uczucia do nowej dziuni okazał całemu światu… tatuując sobie krwistoczerwone usta raperki na karku. Rispekt!
Dziś na karku Martina nie ma już czerwonych ust, tylko wielka ciemna plama. Historia rozstań i powrotów tej pary pozwoliła dziennikarzom amerykańskich Pudelków zarobić na niejedną butelkę burbona. Obecnie na stronie famoushookups.com (amerykański portal z bieżącymi informacjami o związkach celebrytów – tak, jest coś takiego!) status Triny i K-Marta to „spotykają się”. Być może jeśli coś się zmieni, Martin nie omieszka się na tą okazję wytatuować. Miejsca jest już jednak mało, bo koszykarz jest wydziergany niemal od stóp do głów. Największe malunki to twarz jego syna, Kenyona jr na prawym ramieniu i do tego napis „Flesh of my flesh, blood of my blood” – cytat z piosenki rapera DMX. Jest wszakże jeden problem. Ten tatuaż miał przykryć wielką szramę na ramieniu, przez co wygląda jakby dziecku z nosa wisiał… glut. Drugi wyróżniający się tatuaż do gigantyczny krzyż na plecach, otoczony mnóstwem zawijasów i do tego cytat „I Shall Fear No Man But God”. Jedni powiedzą szacun, drudzy pozerka…












