Kolejnych 5 nominowanych do Hall of Fame

Koszykarski Hall of Fame przedstawił kolejne 5 kandydatur do wejścia do prestizowego koszykarskiego hallu sław. Ci zawodnicy i ludzie związani z koszykówką o ostatecznym wyborze dowiedzą się w marcu podczas Final Four ligi NCAA.

Dotychczas na liście nominowanych do Hall of Fame w ramach klasy 2012 roku byli Reggie Miller, Maurice Cheeks, Rudy Tomjanovich, Jamaal Wilkes i jeszcze paru innych, mniej znanych. Teraz dołączy do nich kolejna piątka, która wam kibicom powinna być bardzo znana.

Znaleźli się na niej: jeden z najwybitniejszych sędziów ostatnich kilkudziesięciu lat, Dick Bavetta, który zasłynął rywalizacją z Charlesem Barkleyem podczas weekendu gwiazd, kiedy to Sir Charles zarzucił mu, że nie potrafi sędziować i pokonałby go w biegu na dwie długości boiska. Poza tym Bavetta przez długie lata był jednym z najlepszych sędziów całej ligi i jednym z moich ulubionych, bo pozwalał wielokrotnie na bardzo twardą grę. Jest rekordzistą NBA pod względem łącznej liczby sędziowanych spotkań.

Kolejnym jest człowiek, który przyczynił się do budowy jednej z najlepszych drużyn w historii NBA, a mianowicie były generalny manager Chicago Bulls – Jerry Krause. Był to człowiek wręcz znienawidzony przez wszystkich graczy Chicago, zaczynając od Michaela Jordana i Scottie Pippena, a kończąc na graczach pokroju Juda Buechlera czy Dennisa Hopsona. Jednak to on w głównej mierze wyciągał świetnych zawodników w drafcie, którzy uzupełniali Chicago w końcówce lat 90. To on namówił Seattle Supersonics, żeby ci wzięli do siebie Oldena Polynice’a, a oddali Pippena do Bulls. Miał nosa co do tego gracza.

Następni trzej to już zawodnicy, których można było oglądać przez całe lata 90. Pierwszy z nich to jeden z najlepszych Europejczyków w historii – Vlade Divac. Serb był jednym z najinteligentniejszych graczy w historii ligi. Jako środkowy z Europy oczywiście słynął z niekonwencjonalnych podań i zagrań, których Amerykanie się nie spodziewali. Do tego miał wielkie poczucie humoru i zawsze potrafił świetnie się wkomponować w drużynę, w której grał.

Tak było przecież w LA Lakers na początku jego kariery, gdy razem z Magiciem Johnsonem doprowadził Jeziorowców do finału NBA w 1991 roku. Podobnie było w Charlotte Hornets, z którymi osiągnął najlepszy rezultat w historii klubu w sezonie 1996/97, mając u boku takich graczy jak Glen Rice, czy Anthony Mason. I wreszcie ostatni etap jego kariery, czyli gra w Sacramento i stworzenie jednej z najbardziej lubianych w Polsce drużyn z Chrisem Webberem, Jasonem WilliamsemPeją Stojakoviciem.

Kolejni dwaj gracze to członkowie trio RUN TMC. W tym roku do Hall of Fame wszedł Chris Mullin, więc pozostali nam tylko Mitch Richmond i Tim Hardaway. Obaj świetni przez całą karierę, jedni z moich ulubionych graczy w początkach mojej przygody z NBA.

Obaj zaczęli od gry w Warriors, ale stopniowo, jak wiele talentów ligowych opuszczali tą drużynę. Richmond jako pierwszy odszedł do Sacramento Kings, gdzie przez długie lata był niekwestionowanym liderem zespołu, ale tylko raz udało mu się doprowadzić Królów do playoffs. Zdążył jednak zabłysnąć indywidualnie, zdobywając MVP meczu gwiazd jako pierwszy rezerwowy w historii, w 1995 roku. Rok później wystąpił na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie, gdzie zdobył złoty medal.

Dwa lata później trafił do Washington Wizards w wymianie za Chrisa Webbera i jego dobre czasy się skończyły. Zaczął notować stopniowy regres w swoich zdobyczach. Udało mu się jednak coś, czego nie ma wielu, mianowicie zdobył tytuł mistrzowski. W sezonie 2001/02 był członkiem LA Lakers, w barwach których co prawda grał niedużo, ale swój pierścień ma.

Z kolei Tim Hardaway to jeden z najciekawszych rozgrywających ligowych, a jednocześnie jeden z pierwszych typowych combo guard ligi. Do świetnych statystyk asyst dokładał od początku swojej kariery dużą liczbę punktów. Miewał jednak duże problemy ze zdrowiem, przez co opuścił cały sezon 1993/94.

Niespełna dwa lata później nie było go już w Oakland, natomiast był podstawową bronią w drużynie Pata Rileya – Miami Heat. Stworzył świetny duet z Alonzo Mourningiem, ale nie udało im się wspólnie dojść dalej niż do finału konferencji wschodniej w 1997 roku, gdzie przegrali z Chicago Bulls.

W końcówce kariery zaliczył trzy krótkie epizody w Dallas Mavericks, Denver Nuggets i Indiana Pacers, ale nie był już to ten sam gracz. Zapamiętam go na pewno jako jednego z pierwszych, którzy na tak dużą skalę używali cross-overa, czyli minięcia rywala dzięki szybkiemu dryblingowi przed jego twarzą.

Jak uważacie, którzy z tych zawodników dostąpi zaszczytu wejścia do Hall of Fame już w przyszłym roku?

Śledź autora tekstu na Twitterze

Komentarze

komentarzy