Howard żadną przeszkodą dla Bulls

Kolejny back2back Chicago Bulls po jednodniowej przerwie. Terminarz w tym sezonie nie jest pobłażliwy dla nikogo, a tym razem trafiła się Bykom wyjątkowo dokuczliwa sekwencja – Magic i Hawks. Udało się w pierwszym spotkaniu, po bardzo dobrej końcówce w wykonaniu Byczków po obu stronach parkietu. Jeżeli uśmiechał się Tom Thibodeau, to nie mam żadnych złudzeń, że to był obraz gry jego zespołu, jaki chciał oglądać od samego początku nie spotkania, a sezonu. Dla obu ekip w tym meczu było wiele up & downs, ale lepiej fizycznie przygotowani byli gracze z Wietrznego Miasta.

Wszyscy, którzy widzieli to zacne spotkanie, mieli także okazję zobaczyć bezprecedensowy obrazek w tym sezonie, czyli wielką trójkę Chicago Bulls: Deng-Rose-Boozer. Trio zdobyło łącznie 62 punkty, trafiając 24/59 FG, co w gruncie rzeczy nie jest najlepszym osiągnięciem strzeleckim. Jednak patrząc na ten mecz całościowo, to właśnie wymieniona trójka w newralgicznych dla Bulls etapach ciągnęła zespół na swoich barkach, zwłaszcza, gdy pojawiały się chwilowe problemy w ofensywie, głównie dzięki relatywnie dobrej obronie Magic.

Carlos Boozer był dzisiaj samcem alfa wśród wysokich Bulls (46:37 w zbiórkach na korzyść gości). Joakim Noah grał na słabej skuteczności i znów powróciły jego problemy z faulami, ale mimo to rzucił dziś w post-up wyzwanie Dwightowi Howardowi – cały czas naciskając i mocno trzymając się na nogach. Niemniej bardzo trudno jest bronić te pół-haki centra Magic w polu trzech sekund. Dwight trafił 11/18 FG i znów był najlepszym zawodnikiem Magic. Skory do pomocy był Glen Davis, sprowadzony podczas tego okienka transferowego z Boston Celtics za Brandona Bassa. Nabawił się jednak kontuzji i nie dokończył spotkania. Jason Richardson i Hedo Turkolglu stracili swój swagger, a Jameer Nelson z miłą chęcią skorzystałby z pomocy Jasona Willamsa siedzącego dziś na trybunach, delektując się meczem. Co dwóch weteranów to nie jeden. Magic rzucali 40% FG, co może wystarczy na Wizards i Knicks, ale nie na Bulls.

Gracze z Chicago mieli więcej okresów dobrej gry w obronie, zdarzało się jednak, że nie zdążyli za rotowaniem strzelców i wpadały niepotrzebne trójki, jak np. te trzy, które w trzeciej kwarcie pomogły Magic zejść z -17 do -8 w ponad minutę. Thibodeau po pierwszej kwarcie mówił, że obrona jego zespołu nadal jest wadliwa i mimo, że wielu patrzy na jego słowa z przymrużeniem oka, to dzisiaj Byki faktycznie odzwierciedliły jego obawy grając w kratkę. Nie można dopuszczać do sytuacji, gdzie w jednej z akcji defensywnych help-defense i podwojenia są niemal na każdym kroku, a chwilę później nie ma ich wcale i kreowane są niekorzystne izolacje. Co mi się podobało – to zaraz na początku spotkania odpuszczanie w kryciu Howarda, pozostawienie go Joakimowi i szczelne krycie obwodu. Gracze Bulls wyszli z założenia, że Dwight musi się wystrzelać i patrząc na ostateczny rezultat była to odpowiednia zagrywka ze strony gości.

„Zadaniowcy powinni zostać zadaniowcami” – mówił niegdyś w jednym z wywiadów Vinny Del Negro. Obecny trener Bulls najwyraźniej ma nieco inną koncepcję – dajcie temu zadaniowcowi zagrać high-scoring game! Kyle Korver trafił dzisiaj pięć razy zza linii trzech, próbował siedem. Zdobył łącznie 18 punktów i był najlepszym graczem Bulls z ławki. Żaden gracz z ławki nie zdobył w tym sezonie tyle oczek. Korver w ten sposób próbuje wyładować swoją złość, która rodzi się przez problemy z Demi Moore… Widzieliście go ostatnio w Two and a Half Men? Jego umiejętności aktorskie są równie dobre, co te strzeleckie.

W poprzednim sezonie regularnym transition offense Chicago nie miało się najlepiej. Najczęściej zawodziły podania prosto pod kosz bądź zwyczajnie zabrakło koncepcji na wykończenie akcji. Traciliśmy wówczas cały impet i pojawiły się problemy ze zdobywaniem łatwych punktów. Dlatego właśnie wszędzie słychać opinię, że ten młody zespół jest jeszcze w fazie dokręcania ostatnich śrubek, jedną z nich bez wątpienia były kontrataki. W dzisiejszym starciu Bulls zdobyli 11 punktów w transition offense, wykorzystując straty Magic (18 TO).To nie jest osiągnięcie rewelacyjne, ale poprzez nie – widać, że ten zespół zmierza w kierunku wyznaczonym tylko i wyłącznie przez siebie.

„Po prostu nie jesteśmy jeszcze na tym poziomie”- mówił Stan van Gundy. „Nie płaczę z tego powodu, nie narzekam również, tak po prostu już jest. Musisz się zmierzyć z rzeczywistością. Musimy wziąć się do pracy, aby osiągnąć ten sam poziom, ponieważ teraz nie jesteśmy nawet blisko”- dodał.

„Cały czas kontestowaliśmy ich rzuty” – mówi z kolei Derrick Rose. „To była kluczowa rzecz, nie mówię teraz o fragmencie, w którym rzucili trzy trójki z rzędu, ale zrobiliśmy dużo sporo pracy po prostu przeszkadzając im”- zakończył.

Śledź autora tekstu na twitterze

Komentarze

komentarzy