Co zabiorą nam dwa tygodnie

Informacja o odwołaniu pierwszych dwóch tygodni rozgrywek z pewnością nie spłynęła po Was jak po kaczce, ale jestem przekonany, że o nieco bardziej szczegółowy odbiór tej przykrej wiadomości się nie pokusiliście. Może to i dobrze, bo ja uwielbiam odwalać brudną robotę. Jakie zatem będą implikacje takiej decyzji komisarza ligi? W tym wypadku strat nie da się zminimalizować, przepadnie wiele fascynujących spotkań.

Otwierać rozgrywki 2011/2012 miało Chicago Bulls – najlepszy zespół sezonu regularnego z Derrickem Rosem na czele, oraz Dallas Mavericks – panujący nam mistrzowie pod batutą Dirka Nowitzkiego. Rywalizacja godna inauguracji, ale… nie będzie miała swojego miejsca na kartach historii. Kolejna ofiara to spotkanie Oklahomy City Thunder z Los Angeles Lakers. Zapowiadało się elektryzująco. Fani obu zespołów ostrzyli już sobie zęby na match-up Kevina Duranta z Kobem Bryantem. Chciałbym zobaczyć ich udokumentowaną minę po oświadczeniu Davida Sterna.

Co dalej… 2 listopada mieliśmy być świadkami batalii pomiędzy zespołami, które gruntownie wzmacniały swoje struktury w minionym sezonie – Heat vs. Knicks. Z racji wystąpienia w tym spotkaniu takich nazwisk jak: Carmelo Anthony, Amare Stoudemire, LeBron James i Dwyane Wade – przynajmniej nie powinniśmy narzekać na jego jakość. 5 listopada, mecz Mavericks przeciwko Thunder. Rewanż za przegraną przez zespół z Oklahomy rundę w fazie rozgrywek posezonowych. Gwoli przypomnienia – był to finał zachodu. Banan, herbata i przed monitor komputera (ewentualnie odbiornika telewizji). Hola, hola – nie tak szybko – zastrzegł pantokrator Stern.

Wyżej wymienione rywalizacje miały uświetnić nam powrót do nocnego trybu egzystencji, przywrócić do naszego życia pierwiastek, który ulotnił się jakiś czas temu. Pieniądze, podziały, zyski… to wszystko spowodowało, że równowaga naszego corocznego harmonogramu została bezpardonowo naruszona i teraz samodzielnie musimy bić się z myślami. Przeprosiny za taki stan rzeczy zarówno władz ligi i komisarza są marnym poczuciem winy. Nie potrzebujemy litanii żalów i utyskiwań – potrzebujemy by zrozumiano dramat człowieka-jednostki nie mającej codziennego źródła inspiracji, którą zapewniały alley oopy Blake’a Griffina, crossovery Derricka Rose’a, czy pick’n’rolle Marcina Gortata.

Słowo klucz w NBA to – rywalizacja. Proste pytanie, prosta odpowiedź – adresowana ona jest do kogo? Pań w ciąży? Chyba nie tylko…

Śledź autora tekstu na twitterze

 

Zobacz także:

NBA odwołuje dwa tygodnie sezonu

LET US PLAY

Komentarze

komentarzy