Kevin Durant i Russell Westbrook po raz 36. zdobyli razem przynajmniej 50 punktów i poprowadzili Oklahomę City Thunder do czwartego zwycięstwa z rzędu, tym razem nad Golden State Warriors. Tym samym potwierdzili swoją dominację w konferencji zachodniej i aspiracje do tytułu mistrzowskiego.

Na papierze faworytem dzisiejszego spotkania była oczywiście drużyna z Oklahomy. Było jednak jedno „ale”. Mecz był rozgrywany w Oakland, gdzie poległy już drużyny bardziej od Thunder doświadczone, takie jak Miami Heat, Chicago Bulls czy New York Knicks. Warriors dotychczas bardzo skutecznie bronili własnego parkietu przed groźnymi rywalami, tym razem jednak nie zdołali oprzeć się sile ofensywnej gości.

Przez niemal całe spotkanie Thunder grali naprawdę dobrze, trafiali dużo rzutów, popisywali się również bardzo dobrymi akcjami defensywnymi. Jednakże dzięki fantastycznej postawie Dorrela Wrighta i Davida Lee goście przez trzy kwarty utrzymywali przewagę zaledwie kilkupunktową.  Dopiero w ostatniej części gry Oklahoma za sprawą swoich dwóch liderów zaliczyła run 12:1 i odskoczyła gospodarzom na 18 punktów, których nie zdołali już potem odrobić.

Obydwie drużyny grały przy skuteczności 47% z gry przy 42 trafionych rzutach. Warriors aż 12 razy trafili zza linii trzech punktów, przy tylko czterech Oklahomy. Dlaczego więc goście mecz wygrali aż jedenastoma oczkami? O wyniku bezpośrednio zadecydowały dwa czynniki – skuteczność rzutów osobistych i punkty z ponowienia.

Thunder wolne trafiali przy świetnej skuteczności 87%. Gdyby z tej statystyki wyjąć Nicka Collisona (spudłował trzy osobiste na pięć prób), pozostali gracze wykorzystali aż 95% (30-32). Dla porównania gospodarze na linii rzutów stawali dwa razy rzadziej i skończyli spotkanie ze skutecznością na poziomie 77%.

Dzisiejszy pojedynek ukazał problemy podkoszowe Warriors. Wypadają słabiutko, jeśli porównamy ilość zbiórek obu ekip – 53:34 dla Thunder. Z tego wzięły się potem problemy z punktami z ponowienia. Sam jeden Serge Ibaka zebrał 9 piłek w ofensywie, niemalże tyle, co cały zespół gospodarzy. Oklahoma zdobyła 14 punktów drugiej szansy, przy zaledwie czterech Golden State.

W mojej opinii, wobec przeprowadzki Lamara Odoma do Dallas, niemal niemożliwe jest, aby nagroda 6th Man of the Year nie trafiła do Jamesa Hardena. Składa się na to niezwykła koszykarska inteligencja, świetne panowanie nad piłką i indywidualne zdobycze (również skuteczność rzutowa). Nie można również zapominać o bilansie drużyny. Z pewnością w większości ekip NBA byłby podstawowym graczem, nawet liderem. Nagrodę dla najlepszego rezerwowego można mu przyznać właściwie już teraz.

Dzisiaj komentator NBA.TV stwierdził, że gdyby Thunder ograniczyli swoją ogromną liczbę strat, byliby niepokonani nawet bardziej niż Chicago Bulls za złotych czasów. Trudno się z tym nie zgodzić – Oklahoma pozwoliła sobie dzisiaj aż na 22 straty. Spowodowane jest to głównie chęcią zbyt szybkiego przejścia z obrony do ataku, jak i również faulami ofensywnymi.

 

OKC: Durant – 37 (14zb, 3ast); Westbrook – 28 (11ast, 6zb, 7prz); Ibaka – 20 (12zb); Harden – 19 (4zb; 2ast); Collison – 6 (7zbl, 3ast); Sefolosha – 4; Perkins – 2 (5zb); Mohammed – 2 (4zb); Jackson – 2; Cook – 0

GSW: Wright – 23 (6×3, 9zb, 5ast); Lee – 19 (7zb, fouled out); Curry – 15 (2×3, 6ast); Thompson – 14 (2ast, 2zb, 2×3); Ellis – 13 (6ast, 3zb); Robinson – 9 (4ast); Rush – 7 (3zb); Tyler – 6 (3zb); Udoh – 3 (3zb); Biedrins – 0; McGuire – 0