Niedźwiedzie potrafią się bronić
Memphis na swoim parkiecie nigdy nie byli łatwym rywalem, o czym przekonali się chociażby San Antonio Spurs w pierwsze rundzie fazy rozgrywek posezonowych 2011. Brak Zacha Randolpha miał spowolnić Grizzlies, ale Lionel Hollins – trener zespołu, doskonale wie, jak radzić sobie bez kluczowego gracza w lidze, bowiem niemal pół poprzedniego sezonu musiał niwelować straty wynikającego z braku Rudy’ego Gaya na parkiecie. Sixers natomiast egzekwując za wszelką cenę założenia Collinsa zaczynają się przepracowywać.
W dzisiejszą noc doskonale było widać ich brak entuzjazmu w grze, szczególnie na początku, gdy Grizzlies zrobili run 27:7 i prowadzenia nie oddali już do końca spotkania. Doug Collinsa – trener szóstek pozostawał spokojny. Wziął kilka przerw, starał się zacząć od nowa, ale gdy jego podopiecznym zaczynało się coś udawać, to Niedźwiedzie ocknęły się w porę i odpowiadały trójką, których rzucili sześć z dwunastu prób. Trybikiem wprawiającym tę maszynę w ruch był rezerwowy O.J. Mayo. Zapisał na swoje konto 13 punktów i trafił 3/5 za trzy oraz 5/9 z pola. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka miesięcy temu Grizzlies próbowali oddać go w relatywnie korzystnej wymianie.
Transparentna była zwłaszcza obrona ekipy z miasta Elvisa. Wyglądało to tak, jakby chłonęli od Sixers ich defensywne zagrywki i robili równie dobrze. Płynność w przechodzeniu ze strefy do krycia jeden na jednego prawdopodobnie była czynnikiem, który uratował zespół Hollinsa od gry up-tempo Sixers w ataku. W pierwszej kwarcie Memphis nie mogli być bardziej doskonali, roztarli gości na parkiecie powodując frustracje w szeregach Szóstek. Druga kwarta była jednak odpowiedzią gości. Z 21-punktowego deficytu 76ers zeszli do zaledwie trzech punktów na koniec pierwszej połowy.
Gospodarze opamiętali się w porę, ale co ważniejsze – nie zaczęli panikować, dalej egzekwując ofensywę, nie zrzucając wszystkich obowiązków na karb jednego zawodnika. Jeżeli miałoby się tak stać, byłby nim albo Marc Gasol, albo Rudy Gay, jednak w ataku obaj mieli tej nocy małe kłopoty strzeleckie, zdobywaniem kluczowych punktów zajął się Mayo. Trzeba jednak wziąć poprawkę, iż to Rudy trafił, tzw. daggera za trzy, który przesądził o zwycięstwie Grizzlies na dwie minuty przed końcem dając im 11-punktowe prowadzenie.
Niektórzy starali się usprawiedliwiać szóstki brakiem Spencera Hawes’a i Eltona Branda, za którego do pierwszej piątki Collinsa desygnował Andresa Nocioni. Sloganowe argumentowanie i na siłę. Zespół z Filadelfii najzwyczajniej w świecie potrzebuje trochę odpocząć i zbliżająca się przerwa na mecz gwiazd jest dla nich dobrą okazją, aby się zrewitalizować. Przed nimi jednak jeszcze jedno starcie, kolejnej nocy z Houston Rockets. Zawodnicy Grizzlies tymczasem pewnie już spakowani czekają na lotnisku, aby wykorzystać czas przerwy na relaks. Oni bowiem grać już nie muszą. Po Weekendzie Gwiazd czeka ich jednak starcie z Dallas na własnym parkiecie.



















