Melo wraca i pomaga
Jak długo można znosić przytłaczające porażki? Jak długo można chodzić ze skrzywioną miną, na którą nic nie da się poradzić? Najprawdopodobniej takie pytania padły przed zawodnikami Knicks, którzy wreszcie, po wielu porażkach postanowili poczuć się jak zwycięzcy i pokonali Detroit Pistons na własnym parkiecie 113:86.
Sprawą drugorzędną jest jednak to, czy jest się z czego naprawdę cieszyć? Kilka dni temu Knicks pokonali Bobcats – ostatnią drużynę w konferencji z dziewięcioma porażkami z rzędu. Teraz przyszła kolej na Pistons – przedostatni zespół z sześcioma, kolejnymi przegranymi. Jakieś wnioski? Co z tego, że Knicks radzą sobie z totalnymi kelnerami, jeśli tracą moc w pojedynkach z drużynami z wyższych pozycji w tabeli? Nie mniej jednak to, co dziś pokazali wyglądało niezwykle obiecująco.
Przed tym spotkaniem nie wyobrażałem sobie żadnego innego rezultatu, niż ten rzeczywisty, bo jeśli NYK nie poradziliby sobie z Pistons, to szczerze bym zwątpił, a Mike D’Antoni najprawdopodobniej szukałby nowej pracy. Gracze z Nowego Jorku pokazali nam bardzo dobrą skuteczność rzędu 60%, przy czym rywale zdołali uzyskać jedynie 45%. Po raz pierwszy było widać, że gra rozłożyła się prawie równomiernie na wszystkich zawodników. Nie było tego martwego skupienia się na wodzu, który onieśmielony presją po prostu sobie nie radził, i tu czyt. Amare Stoudemire.
Siła Knicks polegała głównie na wspomnianej skuteczności i wystarczająco dobrej defensywie, z czym związek ma z pewnością wyczyn Landry’ego Fieldsa – pięć przechwytów. Jeśli już mówimy o obrońcy NY, należy wspomnieć o jego czterech skutecznych rzutach zza łuku. Do składu po kontuzji nadgarstka powrócił bożyszcze fanek Carmelo Anthony, na szczęście w dobrym stylu. Skrzydłowy zdobył najwięcej oczek w teamie, bo aż 25.
Wreszcie zobaczyliśmy kontrataki, których wcześniej trzeba było szukać ze świeczką i liczyć na cud. Każda strata Pistons – a było ich sporo – oznaczała szybką kontrę i zwykle pewne punkty. Nie umniejszając Pistons, ekipa Ben’a Wallace’a była w stanie dotrzymać tempa rywalom jedynie przez pierwszą połowę, a sam Ben zdobył aż 0 punktów(słownie: zero).
Czy Knicks nagle stali się lepszą drużyną, czy po prostu Pistons są tak słabi? Skłaniałbym się jednak ku tej drugiej kwestii. Mimo świetnej gry podopiecznych D’Antoniego, to jeszcze nie jest to, na co czeka cały koszykarski świat Nowego Jorku. Knicks pochwalili się 25 asystami i to jest już pewna oznaka gry zespołowej, tak bardzo potrzebnej, zwłaszcza tej ekipie. Świetny występ zaliczył Tyson Chandler, który zapisał na swym koncie 17 punktów i był postrachem pod tablicami. STAT w dalszym ciągu gra na poziomie “przeciętny, jak na swoje możliwości”, ale wierzcie, były znacznie gorsze występy w jego wykonaniu.
Interesującym zagraniem popisał się trener Knicks. Musiał być naprawdę pewny swego, że zdecydował się pod koniec na wymianę prawie całego składu. Ku mojemu zaskoczeniu, ten występ pokazał, że ławka w MSG ma się naprawdę dobrze. Głodni gry zdołali pokazać swe umiejętności w ciągu zaledwie sześciu minut, co w zachwyt wprawiło nawet pierwszą piątkę. Niemniej jednak, takie szanse na występ powinni otrzymywać w każdym spotkaniu, a idąc tropem trenera, który wpuszcza rezerwowych przy przewadze dwudziestu kilku oczek, okazji na to za wiele nie będzie, no chyba, że… Knicks rozpoczęli swój winning streak, zobaczymy jak długo wytrwają w postanowieniu.
NYK: Anthony – 25(2×3, 6 as), Fields – 18(4×3, 5 zb, 5 prz), Chandler – 17(8 zb), Stoudemire – 15, Walker – 11(2×3), Shumpert – 6(6 as), Balkman – 6, Douglas – 4, Lin – 4(4 as), Novak – 3, Jordan – 2, Jeffries – 2
DET: Jerebko – 15, Stuckey – 13, Monroe – 13(12 zb, 4 prz), Prince – 10, Knight – 9, Russell – 8, Daye – 7, Maxiell – 6, Wilkins – 3, Macklin – 2, Wallace – 0(6 zb)



















