To, co można było zobaczyć w American Airlines Arena przypominało mecz dwóch świetnych zespołów, których wartości zachwycają najbardziej powściągliwych komentatorów, ekspertów czy po prostu wymagających fanów. Tak było – ale tylko przez trzy kwarty. Knicks pozbawieni Carmelo Anthony’ego nie poradzili sobie z cudownym duetem Miami Heat i musieli uznać wyższość rywali, przegrywając 89:99.

Knicks byli zupełnie inną drużyną niż dotychczas. Widać było wreszcie chęć gry oraz pełne zaangażowanie. Brak Melo nie przeszkodził im w prezentowaniu bardzo dobrej dyspozycji, czym zajęła się głównie młodzież Knicks, nie umniejszając rzecz jasna temu, co pokazał Amare Stoudemire. Był to jednak kolejny – naprawdę przeciętny – występ skrzydłowego NYK.

To co się stało przeszło najśmielsze oczekiwania nie tylko osób zajmujących się koszykówką “z zewnątrz”, ale myślę, że sami zawodnicy byli również niemało zaskoczeni. Knicks oddali 43 próby zza łuku, z czego właściwą drogę znalazło 18. To jednak nie wyglądało jak przypadkowe zagrania, wynikające ze słabej defensywy Heat, którzy pozwalali na takie rozbestwienie. Lecz czy to mogła być taktyka Mike’a D’Antoniego? Bardzo możliwe, bo takie rozwiązania nie są zbyt często stosowane. Co interesujące, zabrakło tylko siedem prób, by pobić rekord Mavericks z 1996 roku.

Nie da się ukryć, że najjaśniejszą gwiazdą z Nowego Jorku był Bill Walker. To on przyczynił się głównie do wspaniałego dorobku swojego teamu, zdobywając 21 punktów, całość zza łuku – 7/10. Jego zachowanie przypominało nieco zespół obsesyjno – przymusowy. Trójki były dla niego prawdziwym narkotykiem i całe szczęście, że Walker akurat był w potrzebie.

Bardzo dobre występy zaliczyli również Toney Douglas i Landry Fields. Obaj też wzmocnili skuteczność Knicks zza 7,24 m, zaliczając razem sześć skutecznych prób. Co do postawy STAT’a należy milczeć i mieć wielką nadzieję na to, że coś w końcu zaskoczy i pokaże, dlaczego powinien grać w NY.

Piękne widowisko – jak zwykle – zaprezentowali kibicom Lebron James i Dwyane Wade. Ten drugi znakomicie wstrzelił się w spotkanie po ostatniej nieobecności i zdobył 28 pkt. To co uwielbiamy najbardziej, czyli szybkie kontrataki i widowiskowe alley-oopy były czymś zupełnie normalnym dla tego duetu.

Heat nie byli tak rozwięźli zza łuku jak rywale, oddając jedynie 10 prób, z czego 2 były skuteczne i zapisane na koncie Shane’a Battier’a. Swoim występem rozczarował nieco Chris Bosh. Po ostatnich, bardzo dobrych statystykach przygotował kibiców na coś znacznie więcej niż tylko 13 punktów i kilka brzydkich airballi.

Oba zespoły pokazały dobrą koszykówkę, lecz ostatnia kwarta okazała się być decydującą. Knicks ewidentnie brakuje umiejętności gry do końca. Brzmi to banalnie, a jest w rzeczywistości ważnym aspektem każdego meczu. Jaki sens ma wyrównana gra przez większość spotkania, jeśli na końcu się odpuszcza? Żadnego. I tak długo jak D’Antoni nie nauczy swoich graczy jak grać w koszykówkę przez cztery kwarty, tak długo Knicks będą schodzili na tarczy.

MIA: James – 31(8 zb, 7 as), Wade – 28(4 as), Bosh – 13(9 zb), Cole – 8(4 zb), Battier – 7(2×3), Miller – 6(4 zb), Haslem – 4(6 zb), Chalmers – 2(5 zb), Anthony – 0

NYK: Walker – 21(7×3, 7 zb), Douglas – 16(4×3, 5 as), Fields – 14(2×3, 7 zb, 5 as), Stoudemire – 12(6 zb), Chandler – 9(12 zb), Bibby – 6(2×3), Novak – 6(2×3), Shumpert – 5, Jeffries – 0(6 zb)

Śledź autora na Twitterze