Dziki finisz na Florydzie
LeBron James zdobył 35 punktów i poprowadził Miami Heat do zwycięstwa nad Chicago Bulls 97:93 w spotkaniu na szczycie Konferencji Wschodniej. Godnym rywalem był dla niego lider Bulls, Derrick Rose, który w pojedynku dwóch ostatnich MVP sezonu zasadniczego był gorszy tylko o jeden punkt. Ponownie z powodu kontuzji nadgarstka nie zagrał skrzydłowy Byków, Luol Deng.
Jeśli ktoś nie widział tego meczu to musi go zobaczyć. Naprawdę warto, bo kawał dobrej NBA basketball. Heat zaczęli jakby wciąż grali przeciwko Knicks, z którymi mieli swoje osobne top 10 akcji. W pierwszych minutach wydawało się, że zmierzają po kolejną kompilację najlepszych wsadów, a to co LeBron zrobił z Johnem Lucasem z pewnością będzie hitem internetu. Potem Tom Thibodeau postawił strefę, która zaskoczyła i spowolniła gospodarzy i pozwoliła Bulls z -11 dojść na -2 na koniec pierwszej kwarty.
W drugiej kwarcie Heat znowu odskoczyli na ponad dziesięć punktów, ale ponownie przysnęli pod koniec i na przerwę schodzili z tylko trzypunktową przewagą. Zresztą komentujący to spotkanie Jeff Van Gundy trafnie nazwał ten mecz “game of runs” (myślę, że nie trzeba tłumaczyć). Wyglądało to tak, że Heat najpierw zdobywali dwucyfrową przewagę, po czym Bulls dobrą obroną i ambicją Derricka Rose’a odrabiali straty i gra zaczynała się od początku. Co ciekawe, Chicago ani razu nie objęło prowadzenia.
Druga połowa to już popis Rose’a, który praktycznie grał sam przeciwko trójce z Miami (tylko oni zdobywali punkty dla gospodarzy w trzeciej odsłonie). W czwartej kwarcie Chicago udało się nawet doprowadzić do remisu 84;84, ale zaraz potem Miami znów odskoczyło na kilka punktów za sprawą Jamesa i Dwyane’a Wade’a, który wrócił do gry po kilku meczach absencji.
Najciekawsze jednak działo się w ostatnich dwudziestu sekundach. Przy stanie 94:93 dla gospodarzy Rose spudłował dwa rzuty wolne. Na linię powędrował James i także przestrzelił oba osobiste. Wskutek zamieszania po ofensywnej zbiórce Wade’a piłka powędrowała na środek boiska, gdzie Heat wygrali rzut sędziowski. Ronnie Brewer sfaulował Mario Chalmersa by zatrzymać zegar, a rozgrywający Miami trafił tylko jeden rzut wolny, więc Bulls wciąż mieli szansę na zwycięstwo. Goście z Chicago mieli dziewięć sekund na rozegranie zwycięskiej akcji, ale Heat świetnie wybronili penetrującego Derricka Rose’a. Formalności na linii dopełnił Chris Bosh, który trafił oba osobiste i ustalił wynik meczu.
Heat wyglądają naprawdę dobrze i o ile można się było czepiać, że przegrywali, albo mieli problemy ze słabszymi rywalami, to w meczu z najsilniejszym rywalem w Konferencji Wschodniej wyglądali dosyć pewnie. Strach pomyśleć, jak mocną byliby drużyną z jakimś lepszym trenerem na ławce, żeby daleko nie szukać, z Patem Rileyem? A tak, mimo porażki, Bulls nadal pozostają głównym faworytem do wygrania Wschodu.
MIA: James – 35 (11 zb, 5 as), Bosh – 24 (12 zb), Wade – 15 (7 as), Chalmers – 5, Miller – 5 (3 zb), Cole – 5 (3 as), Haslem – 4 (9 zb, 2 prz), Battier – 3, Anthony – 1 (2 bl), Curry – 0
CHI: Rose – 34 (6 zb, 6 as), Hamilton – 11 (5 zb, 3 prz), Noah – 11 (11 zb, 4 as, 3 bl), Boozer – 10 (9 zb, 2 prz), Brewer – 10 (6 zb, 3 prz), Korver – 9 (3×3, 5 zb), Gibson – 8 (4 zb), Lucas – 0, Asik – 0, Scalabrine – 0




















chyba na szczycie Konferencji WSCHODNIEJ !