Mimo, że z tabeli jasno wynika, że Clippers niewątpliwie są na fali, bo przecież piastują szlachetne drugie miejsce, to należy śmiało stwierdzić, że Blake Griffin i spółka wreszcie stali się zespołem lepszym od wprawiających w niską samoocenę braci bliźniaków Lakers. Tego nie trzeba potwierdzać suchymi danymi czy statystykami, to trzeba po prostu zobaczyć, a mecz z Utah Jazz był znakomitym potwierdzeniem siły teamu z LA.

Czego oczekujemy w każdym meczu od Blake’a Griffina? Nie pomylę się, jeśli powiem, że wsadów, alleyoopów i efektownych akcji. Jako że Blake zwykle spełnia te oczekiwania, rzesza kibiców Clippers powiększyła się znacząco na przestrzeni ostatnich miesięcy. W nadziejach mu pokładanych nie zawiódł nas także w spotkaniu z drużyną z Utah. Dynamiczna, szybka gra okraszona wspaniałymi akcjami dała mu 31 punktów i okazała się być bardzo dużym wkładem w zwycięstwo.

Zastanawiające było jednak to, jak skutecznie grali Jazzmani. Finezyjne zagrywki i mrożące krew w żyłach akcje to na pewno nie była ich domena, lecz posiadali coś znacznie – przynajmniej w koszykówce – ważniejszego. Owa umiejętność to utrzymanie wyniku około remisowego, mimo świetnej postawy rywala. W spotkaniu tym nie było momentu, gdzie mogliśmy zobaczyć jakąś znaczącą przewagę po którejś ze stron.

Wydaje mi się, że nie pomylę się po raz kolejny, jeśli stwierdzę, że przez większość meczu akcje obu drużyn przypominały raczej start odrzutowców, niż koszykówkę w amerykańskim wydaniu. Trzy bądź cztery sekundy – tyle przeciętnie trwały najszybsze zagrywki. W ogóle, całe spotkanie możemy porównać do wyścigu F1 – tylko konkrety, gwałtowne ale i skuteczne ruchy.

Bohaterów gości było co najmniej dwóch, z których jeden wreszcie przykuł moją uwagę. Po przeciętnych występach Chris Paul doczekał się momentu chwały, właśnie w meczu z Utah. 34 punkty i 11 asyst mówi samo za siebie. CP był swego rodzaju szkieletem swego teamu, opracowywał większość akcji, których egzekutorem był Blake Griffin. Paul potrafił wprawić Jazz wielokrotnie w zakłopotanie. Kiedy Jazzmani poczuli się pewniej, za moment “dostawali kosza”, a ich starania nie miały końca.

Po stronie Utah najlepszy był Al Jefferson, którego postawa na tablicach odstraszała niejednego Clippera. Dość dobrze pokazał się również CJ Miles, lecz tu można by polemizować, bo oczekiwania były z pewnością większe. W statystykach oba teamy wypadły ponownie. Skuteczność na bardzo dobrym poziomie była kluczem do wysokiego wyniku, który dał o sobie znać już po pierwszej połowie. Skuteczność zza łuku nie może być polem do popisu żadnej z drużyn, gdyż sięgała ledwo 30% i nie napawała zbytnio optymizmem.

To było historyczne zwycięstwo Clippers. Wyobraźcie sobie, że koszykarze z Los Angeles doznali tego uczucia w Utah ostatnio w 2003 roku. Jazzmeni byli niepokonani na własnym parkiecie przez 16 spotkań stoczonych z ekipą LA. Ale jak powiedział Chris Paul – to jest zupełnie inna drużyna. I jak tu się nie zgodzić? Końcówka tabeli w zeszłym sezonie vs 2 miejsce obecnie – to robi wrażenie.

 

LAC: Paul – 34(3×3, 11 as, 5 zb), Griffin – 31(14 zb), Williams – 19(2×3), Billups – 8(7 zb), Jordan – 8(11 zb), Foye – 6, Evans – 1, Jones – 0, Gomes – 0

UTA: Jefferson – 27(12 zb), Miles – 16(2×3), Favors – 14, Millsap – 14(7 zb), Hayward – 12, Harris – 8(4 as), Kanter – 6, Howard – 4, Watson – 2(8 as), Burks – 2, Tinsley – 0, Evans – 0

Śledź autora na Twitterze