Celtics wrócli z baaardzo dalekiej podróży.

Sezon 2011/2012 jak na standardy NBA nie obfitował do tej pory w wiele spotkań o których mówiłoby się jeszcze długo po zakończeniu rozgrywek. Inaczej jest w przypadku meczu Orlando Magic – Boston Celtics, który powinien być uznany za jeden z hitów sezonu regularnego. W ostatnich latach rywalizacja tych dwóch zespołów to już prawdziwy klasyk NBA, który i dzisiejszej nocy nie mógł rozczarować nikogo.
W ostatnim tygodniu chyba tylko derby Los Angeles bardziej elektryzowały kibiców koszykówki na świecie niż starcie na Florydzie. Oliwy do ognia dodał poniedziałkowy blamaż Magic, którzy nie potrafili wyjść z 60 punktów grając przecież z bardzo osłabionymi Celtics. Przyznajmy szczerze, z Celtics najsłabszymi od 2007 roku.
Chęć zmazania poniedziałkowej plamy była bardzo widoczna w poczynaniach Orlando. Magic szybko ruszyli do ataku, powiększając z czasem tylko przewagę. Przebieg pierwszych dwóch kwart był totalnie odwrotny do tego co widzieliśmy w poniedziałek. O tym jak efektywnie grali gospodarze, świadczy liczba zdobytych punktów – 58. To o dwa “oczka” więcej niż przez cały mecz trzy dni wcześniej w Bostonie!.
Przyznam, że zastanawiałem się mocno czy jest sens dalej to oglądać przypuszczając, że jest w zasadzie już po meczu. Tak się wydawało… Postanowiłem zostać przy komputerze, ale nie licząc na większe fajerwerki w grze. Przecież Celtics możnaby w tym czasie porównać do zamroczonego boksera, który rozbity jest kompletnie w szóśtej rundzie ze świadomością, że przed nim dopiero połowa pojedynku. O ile w boksie można wygrać jednym ciosem, tak o dziwo Boston zadawał ich całe serie w drugiej połowie. Obraz meczu uległ całkowitemu przeobrażeniu, a cały czas do przodu gości prowadził lider Paul Pierce. Gra on w ostatnich spotkaniach bardzo dobrze, zwłąszcza od niedzielnego meczu z Wizards. O ile często się zdarza, że zespół wyraźnie przegrywający do przerwy rozegra trzecią czwartę na swoją korzyśc, o tyle to co wydarzyło się w ostatnich dwunastu minutach zdarza się już niezwykle rzadko. Nie widziałęm chyba nigdy jeszcze, żeby zespół pretendujący do wygrania konferencji w ciągu ostatniej kwarty rozgrywanej u siebie rzucił 8 punktów i trafił tylko dwa z siedemnastu rzutów z gry. Zawodnicy Orlando Magic po takim “pokazie” powinni ze wstydu chodzić po ulicach Orlando chyba z torbami na głowach.
To Boston w ostatnich kwartach rzucił 54 punkty, tracąc tylko 25. Dwa zwycięstwa Celtics nad Magic mają wielki wymiar psychologiczny. Boston i tak osłabiony wygrywa w przeciągu trzech dni drugi mecz z jednym z najgroźniejszych rywali ze Wschodu. To musi robić wrażenie na rywalach. Dodatkowo przewidywania, że bez Rajona Rondo i Raya Allena będą tylko zbierać cięgi od rywali można teraz włożyć między bajki. Oto z zaskoczenia wydobywa się na przykłąd debiutant E’Twaun Moore, który może poszczycić się na razie średnią 2,9 punktów na mecz, ale z Orlando zdobwa ich aż 16. Wraz z kolejnymi spotkaniami ławka Celtics staje się jakby coraz bardziej wartościowa, choćby niechciany w Suns Mickael Pietrus dokłada ze swojej strony 12″oczek”, tyle samo co Kevin Garnett. Być może w dłuższej perspektywie kontuzje liderów zaprocentują bardziej niż komukolwiek się wydawało. Jeszcze tydzień temu zespół rozpadający się, dziś pokazuję swój boiskowy charakter walki do końca.
Orlando przegrało na własne życzenie, bo inaczej zwyczajnie powiedzieć nie wypada. Tym razem lepiej niż ostatnio zagrał Jameer Nelson, ale osobne zdanie należy się Ryanowi Andersonowi. Pół żartem, pół serio można stwierdzić, że cierpi on na swoisty syndrom Celtics - po tym jak w poniedziałek nie zdobył żadnego punktu, zreahbilitował się we wtorek w meczu z Indianą. Teraz znów mecz z Bostonem i… znów słaby mecz. Rzucił tylko połowę tego co przeciwko Pacers dokładając do tego ledwie 4 zbiórki. Jedynym pozytywem dla Magic po takim meczu może być tylko dośc pewna wygrana na tablicach, co jest oczywiście zasługą głównie Dwighta Howarda, autora 16 zebranych piłek.
Z zainteresowaniem trzeba spoglądać na grę obu drużyn w najbliższych spotkaniach. Dadzą one odpowiedź czy jeden z najbardziej niezwykłych meczów ostatniego miesiąca był tylko jednorazowym epizodem czy czymś większym, co zmieni obie organizacje w dalszej fazie sezonu.
ORL: Dwight Howard – 16 (16 zb), Jason Richardson – 13 (3 prz), Ryan Anderson – 12, Jameer Nelson – 11 (5 as), Hedo Turkoglu – 10 (7 as), Glen Davis – 7 (3 prz), J.J. Redick – 7, Earl Clark – 5, Chris Duhon – 2, Quentin Richardson – 0
BOS: Paul Pierce – 24 (10 as), E’Twaun Moore – 16 (4×3), Kevin Garnett – 12 (10 zb, 3 prz, 4 blk), Mickael Pietrus – 12 (3×3), Brandon Bass – 10, Avery Bradley – 6, Marquis Daniels – 4, Chris Wilcox – 4, Keyon Dooling – 3, Greg Stiemsma – 0, Sasha Pavlovic – 0
Śledź autora tekstu na Twitterze.


















