A jednak! Nie nastąpiło podtrzymanie zwycięskiej passy San Antonio Spurs, którzy w końcu doznali porażki. Ba, porażki, bardziej druzgocącej, 40-punktowej klęski. Grając nawet bez liderów, Tony Parkera i Tima Duncana rozmiary przegranego w Portland spotkania szokują.

Gregg Popovich podejmując decyzję o wyłączeniu ze składu na wczorajszy mecz Parkera i Duncana być może chciał pokazać co jest najważniejsze w tym sezonie dla Spurs. Ubiegły rok to pasmo sukcesów w sezonie regularnym i klęska w play-offs. Idąc tym tropem decyzja Popovicha była jak najbardziej słuszna, bo i tak za rok nikt nie będzie pamiętał czy Spurs mieli taką, a nie inną serię zwycięstw. Najważniejszy jest tytuł i wszystko temu ma być podporządkowane.

Na początku dziwne to uczucie oglądać wychodzącą piątkę startową piątkę bez Manu Ginobiliego, Duncana, Parkera. I dziwnie tak samo oglądało się niemoc San Antonio w pierwszej kwarcie, kiedy pozwolili Portland na błyskawiczne ponad 20-punktowy odjazd. Stare sportowe hasło mówi, że gra się tak jak przeciwnik pozwala, ale nawet z liderami chyba ciężko byłoby dziś Spurs wygrać. Gracze Portland po bardzo kiepskim mecze w Los Angeles, zagrali koncertowo. Jako zespół zdobyli aż 45 punktów samymi rzutami za trzy, a ogólną skuteczność rzutów z gry mieli bliską 60%. Nie było żadnego elementu, w którym goście byliby w stanie równomiernie się przeciwstawić. Gerald Wallace rządził pod tablicą, Jamal Crawford, Nicolas Batum i Raymoind Felton kąsili trójkami, a swoje jak zwykle robił LaMarcus Aldridge. Aż sześciu zawodników zdobyło więcej niż 16 punktów, stąd końcowa zdobycz zespołu bardziej przypomina tą osiąganą w meczach gwiazd niż w sezonie regularnym. Jeśli ta ekipa trafi w swój dzień, jest jedną z najlepszych do oglądania w lidze. Gdyby w play-offs doszło do starcia Thunder-Blazers, mogłaby być to jedna z najlepszych serii pierwszej rundy ostatnich lat.

Ocena umiejętności tzw. “drugiego garnituru” Spurs ulegnie pewnie teraz zmianie. Gdy wydawało się, że Popovich posiada już solidne zaplecze dla liderów, tak ciężko będzie przejść do porządku dziennego po 40-punktowej porażce. Wygląda na to, że zawodnicy rotacyjni świetnie się czują jako “bohaterowie drugiego planu”, otoczeni bezpieczeństwem ze strony liderów, natomiast pozostawieni sami sobie nie wezmą ciężaru na swoje barki. Zawsze można szukać pozytywów, a za taki można uznać postępy Kawhi Leonarda, co pokazał dzisiejszej nocy, zdobywając 24 punkty. Jako rookie niewybrany przecież z najwyższym numerem prezentuje się bardzo solidnie w jednej z najlepszych ekip ligi. Statystyczni eksperci z kolei od razu wyliczyli, że tak wysokiej porażki San Antonio nie zaznało od sezonu 1996/1997, na kilka miesięcy przed początkiem kariery… Tima Duncana.

Portland Trail Blazers (18-16) – San Antonio Spurs (23-10) 137:97

POR: LaMarcus Aldridge – 21 (7 zb), Jamal Crawford – 20 (5×3, 8 as), Nicolas Batum – 19 (3×3), Gerald Wallace – 19 (10 zb, 6 as, 3 blk), Elliot Williams – 17, Raymond Felton – 16 (4×3), Wesley Matthews – 11, Nolan Smith – 5, Luke Babbitt – 3, Kurt Thomas – 2, Craig Smith – 2, Chris Johnson – 2, Marcus Camby – 0

SAS: Kawhi Leonard – 24 (10 zb, 5 prz), Danny Green – 16, Cory Joseph – 13, James Anderson – 11, DeJuan Blair – 10, Gary Neal – 10, Eric Dawson – 9, Richard Jefferson – 4, Matt Bonner – 0

Śledź autora tekstu na Twitterze.