Od zera do bohatera – Jeremy Lin
20 grudnia 2011 Golden State Warriors zwolnili Jeremy’ego Lina, żeby zrobić miejsce w salary cap na pozyskaniu DeAndre Jordana. Dwa dni później podpisują go Rockets by po dwóch tygodniach zwolnić, robiąc miejsce dla Samuela Dalemberta. Dwukrotnie odrzucony trafia w końcu do Knicks, którzy cierpią na chroniczny brak rozgrywającego.
17 stycznia Knicks wysyłają go do NBDL, gdzie rozgrywa jedno spotkanie w barwach Erie Bayhawks. Spisuje się bardzo dobrze, uzyskując triple-double – 28 punktów, 11 zbiórek i 12 asyst. Od razu wraca do Knicks, by znowu grzać ławkę rezerwowych i wychodzić na boisko tylko w rozstrzygniętych meczach, gdzie szanse na przebicie się są prawie zerowe.
Wszystko zmienia się 4 lutego w meczu z sąsiadami – New Jersey Nets. Lin od samego początku pobytu na boisku gra pewnie, a co najważniejsze skutecznie. To on jest x-faktorem, który przyczynia się do zwycięstwa nad Nets. Ile jednak było takich historii w NBA? Ile razy słyszeliście o zawodniku, który rozegrał jeden świetny mecz, a potem ginął w szarzyźnie ligi?
Lin dostał kolejną szansę dwa dni później przeciwko Utah Jazz. Wyszedł w pierwszej piątce za Imana Shumperta i znów był kluczowym graczem w wygranej. 28 punktów, 8 asyst, co prawda 8 strat, ale co najważniejsze skradzione serca wszystkich kibiców w Madison Square Garden. Tych najwyżej ocenianych, tych najbardziej wymagających, wreszcie tych najlepiej rozumiejących grę, jaką jest koszykówka.
Zdobył ich tym, co pokochali w latach 70., za czasów Walta Fraziera, Willisa Reeda i Earla Monroe. Za to, za co uwielbiali drużynę Pata Riley z początku lat 90. z Patrickiem Ewingiem, Johnem Starksem i Charlesem Oakleyem. I też za to, co wyróżniało drużynę Jeffa van Gundy z przełomu wieków z Latrellem Sprewellem, Allanem Houstonem i Larry Johnsonem. Za ducha walki, za grę do upadłego, za brak gwiazdorstwa.
Lin ma teraz wielką szansę, może nawet większą niż ostatni bohater podobnej historii – Sundiata Gaines. Baron Davis nie zagrał jeszcze ani razu od początku sezonu, a ostatnie informacje mówią o tym, że poczeka jeszcze co najmniej do końca lutego. Szansa jest więc niepowtarzalna dla absolwenta Harvardu.
Przed nim tylko dwóch zawodników po tej uczelni grało w NBA. Żaden z nich nie zagrał więcej niż 43 mecze. Linowi brakuje do tego osiągnięcia tylko 4 występów. Ale jakie to będą występy. Na jednej z największych scen koszykarskich, przez wielu zwaną mekką koszykówki. Jak się dalej potoczy ta historia? Czy Knicks pozostaną na zwycięskim szlaku z Linem w składzie, czy od razu popadną w szarzyznę, a on wróci poziomem do bycia 10-12 graczem w kadrze?




















Błąd Ci się wkradł. NYK prowadził Jeff, a nie Stan.