Najgorsze strzeleckie popisy w historii finałów NBA

30/05/2017

Finał NBA już za rogiem. Ku przestrodze wszystkim gwiazdom, które staną w jego ramach w szranki, przypominam 11 spośród najgorszych występów w historii finałowej rywalizacji, jeśli brać pod uwagę skuteczność rzutową.

2-14 – Paul Pierce, mecz #3, 2008. Wszystko dobre, co się dobrze kończy, ale nawet mistrzostwo Celtics z 2008 roku nie do końca wybiela występ ich lidera w meczu numer trzy. Chyba nawet większa krytyka należy się Pierce’owi nie za to, że trafiał z pola 14 procent rzutów, ale że tylko trzykrotnie trafił na linię rzutów wolnych, na których nie raz potrafił przekuwać bardzo kiepskie występy strzeleckie w najbardziej pamiętne mecze swojej kariery.

1-12 – Danny Green, mecz #7, 2013. Green zaczął finały sprzed czterech lat od średniej 18 punktów w pierwszych pięciu meczach, w tym 27 punktów w Game Three i 24 w piątym starciu. W dwóch ostatnich, przegranych przez Spurs meczach był jednak zimny jak lód, choć gdybyście kazali bryle lodu oddać 19 rzutów do kosza, to i tak byłaby ona tylko o dwa pudła gorsza od Greena w szóstym i siódmym spotkaniu. Po 1-9 w starciu #6, Danny przebił samego siebie, pudłując 11 z 12 rzutów w decydującym meczu…

1-12 – Tony Parker, mecz #4, 2003. Pewnym usprawiedliwieniem dla Parkera jest fakt, że cała drużyna Spurs rzucała tamtego dnia fatalnie – ich skuteczność wyniosła… 28.9%. Manu trafił 3-10 rzutów, Malik Rose 0-9, Stephen Jackson 1-9, Bruce Bowen 2-9… a jednak to 1-12 ich drugiego najlepszego zawodnika boli najbardziej, zwłaszcza w meczu, który Ostrogi mimo fatalnej skuteczności przegrały z New Jersey Nets tylko jednym punktem.

1-13 – Ralph Sampson, mecz #1, 1986. Trzydzieści jeden lat temu Houston Rockets mieli bodaj najbardziej utalentowany duet środkowych w historii ligi, w osobach 25-letniego Ralpha Sampsona i 23-letniego Hakeema Olajuwona. Niestety Sampson miał już wkrótce stać się ofiarą chronicznych kontuzji, przez które nigdy nie zrealizował swojego potencjału, ale w 1986 roku wciąż jeszcze był gwiazdą, mierzącym 7 stóp i 4 cali wzrostu point guardem, który zapewnił swojej drużynie awans do finału jednym z najbardziej nieprawdopodobnych game winnerów w historii playoffs…

Niestety już w następnym meczu po trafieniu tego rzutu, nie był w stanie trafiać praktycznie niczego i to ze zdecydowanie łatwiejszych pozycji. Spudłował 12 z 13 prób a Celtowie wygrali pierwsze starcie, a całą serię w stosunku 4:2.

2-16 – Scottie Pippen, mecz #5, 1998. Złe rzutowo występy zdarzają się w najważniejszym momencie sezonu nawet tym absolutnie najlepszym. Pippen pokaz rzutowej indolencji jaki urządził w meczu numer 5 drugiego finału Bulls z Jazz: trafił wówczas tylko 2 z 16 rzutów i wydatnie „pomógł” Utah Jazz w powrocie do gry w tej serii (choć miał też po 11 zbiórek i asyst).

1-15 – Sam Perkins, mecz #4, 1991. Co prawda Sam Perkins jest dziś znany jako center oddający bardzo dużo rzutów za trzy, a gracze preferujący dystans są podatni na tego typu strzeleckie zapaści, ale w czwartym meczu Finałów 1991 odpalił tylko trzy trójki. Zostaje nam wciąż 1-12 spod kosza i krótszego dystansu. Wynik dramatyczny jak na centra i dość bolesny w momencie gdy miał miejsce – ta porażka Lakers przekreśliła ich szanse w tamym pojedynku z Chicago Bulls.

1-16 – Reggie Miller, mecz #1, 2000. Tamte finały pozostają jedynym występem na tym etapie rywalizacji w historii Pacers i Reggie Miller chyba nie tak wyobrażał sobie ich start. Superstrzelec z Indianapolis nie potwierdził swojej reputacji, pudłując aż 15 rzutów na 16 prób. Trener Larry Bird powiedział wówczas, że takie sytuacje zdarzają się graczom debiutującym w finałach i Reggie faktycznie szybko się otrząsnął – przez resztę sześciomeczowej serii rzucał prawie po 28 punktów na spotkanie.

3-23 – Kenyon Martin, mecz #6, 2003. Jak to możliwe, żeby 23 rzuty oddał, a co gorsza – trafił tylko 3 – gracz podkoszowy, który był w zasadzie czwartą opcją ofensywną swojej drużyny? Dyspozycja K-Marta była tamtego dnia gwoździem do trumny Nets, którzy przegrywając mecz numer 6, przegrali też cały finał ze Spurs.

0-13 – Ray Allen, mecz #3, 2010. Ray Allen trafił w swojej wspaniałej karierze wiele mniej, lub bardziej ważnych rzutów, ale żaden z nich nie miał miejsca w trzecim spotkaniu finału Celtics-Lakers sprzed siedmiu lat. Boston urwał wówczas jeden mecz w Los Angeles i obrona własnego parkietu stawiałaby ich w bardzo korzystnej sytuacji. Allen nie chciał jednak pomóc Celtom w wypełnieniu tego zadania. Nie potrafię inaczej wytłumaczyć jego nagłego załamania inaczej, niż jako działanie dążącego do równowagi wszechświata, po tym jak w meczu numer 2 Allen ustanowił rekord finałów trafiając 8 razy za trzy (na 11 prób). W trzecim meczu z dystansu 8 razy pudłował…

0-14 – Dennis Johnson, mecz #7, 1978. Małe pocieszenie dla Raya Allena: jego 0-13 to nie najgorszy strzelecki popis w historii finałowych meczów numer 7 ponieważ w 1978 roku, grający w Seattle Supersonics Dennis Johnson miał celność 0-14 (Sonics przegrali wówczas z Bullets). Fatalny występ nie zrujnował mu kariery – rok później zdobył tytuł MVP Finałów a potem jeszcze dwa razy wygrywał tytuł (już z Boston Celtics). Pięciokrotnie wystąpił też w Meczu Gwiazd.

2-18 – John Starks, mecz #7, 1994. Mało kto pamięta, że mecz numer 7 w 1994 roku nie był wcale pierwszym katastrofalnym popisem ofensywnym Starksa (który zresztą słynął z bycia „streaky shooterem”) w tamtych finałach – w meczu numer 1 także rzucał 18 razy trafiając ledwie o raz więcej niż w meczu ostatnim. Knicks także wtedy przegrali. To jednak stawka decydującego spotkania unieśmiertelniła uskuteczniony przez Starksa cegłodrom (jego częścią było 0-11 z dystansu, w tym 0-3 w ostatniej minucie), czyniąc go po dziś dzień patronem wszystkich finałowych skuch strzeleckich. Przypominanie całego występu obrońcy Knicks jest niezgodne z konwencją genewską, ale jego ostatni rzut to idealna pigułka…

Kopiuj link do schowka