Najbardziej niedoceniony Celt w historii

07/08/2018
fot. Manny Rubio

Kiedy myślimy o Boston Celtics pamiętamy wybitną dynastię Billa Russella, legendarną ekipę Larry’ego Birda, czy czasy Wielkiej Trójki. Zapominamy jednak zazwyczaj o pewnym rudym środkowym, którego rola w tej organizacji jest nieoceniona. Tym kimś jest Dave Cowens.

Czterech zawodników w historii Celtics zdobywało nagrodę MVP. Larry Bird, Bill Russell i Bob Cousy. Czwartym graczem był właśnie Cowens, czyli środkowy mający 206 centymetrów wzrostu i walczący każdej nocy przeciwko Wiltowi, Kareemowi, czy Nate’owi Thurmondowi. Co więcej, to właśnie oni wybrali go na MVP, gdyż w tamtych czasach decydowali o tym sami gracze. Musiał być chyba całkiem niezły.

Sponsor serwisu

Cowens wchodził do ligi z niemałymi oczekiwaniami. Po zakończeniu kariery przez Russella, Red Auerbach wiedział, że musi znaleźć kogoś, kto spróbuje nawiązać do sukcesów legendy. Padło na Cowensa, który poszedł z czwartym wyborem draftu 1970. To był strzał w dziesiątkę.

Cowens został wybrany Debiutantem Roku, po tym jak notował 17 pkt i 15 zb w pierwszym sezonie. Celtics w składzie z nim i Johnem Havlickiem stali się na powrót siłą na Wschodzie. W swym najlepszym sezonie, w którym zdobył MVP zaliczał średnio 20 pkt 16 zb i 4 ast na mecz. 16 zbiórek na mecz, walcząc przeciwko znakomitym centrom, a mając tyle wzrostu co Julius Randle czy Kyle Kuzma.

Co najzabawniejsze, Cowens swoje 20 punktów w meczu zdobywał praktycznie nie używając prawej ręki. Był znakomitym strzelcem z półdystansu, miał szereg zagrań podkoszowych na czele z hakiem, lecz praktycznie nigdy nie wchodził na prawą stronę.

W 1974 roku wreszcie zdobył tytuł, prowadząc Celtics do zwycięstwa nad Milwaukee Bucks. W barwach Kozłów główne role grali wtedy Kareem Abdul-Jabbar i Oscar Robertson. Potrzeba było 7 spotkań, aby wyłonić zwycięzcę. I choć MVP został Havlicek, to Cowens był bohaterem. W decydującym meczu zdobył 28 pkt i 14 zb przeciw Jabbarowi, jednocześnie dokonując niemal niemożliwego w obronie. Dave sprawił, że Kareem przez 18 minut pod rząd nie potrafił rzucić punktu.

Później doprowadził swój zespół do drugiego mistrzostwa w 1976 roku przeciwko Phoenix Suns. Co zrobił po wywalczeniu drugiego tytułu dla Celtics? Przeszedł na emeryturę w wieku 28 lat. Chciał zejść ze sceny będąc u szczytu? Nic z tych rzeczy.

Stwierdził, że nie jest w stanie walczyć i dawać z siebie tyle, ile wcześniej, więc musi odejść. I choć wszyscy go namawiali do zostania, stracił zainteresowanie koszykówką i poprosił Auerbacha o możliwość przerwy, za którą oczywiście nie pobierze pieniędzy z kontraktu. Przez niemal 2 miesiące spędzał czas z rodziną i sprzedawał choinki. Wrócił w trakcie sezonu, gdy na nowo zatęsknił za grą.

To właśnie jego charakter sprawił nawet bardziej niż sukcesy sportowe, że idealnie pasował do Bostonu. Tak samo jak dekadę później, fani Celtics zakochali się w Larrym Birdzie, tak samo uwielbiali Cowensa. Rudowłosy center nie imponował warunkami fizycznymi i daleko było mu do gigantów pokroju Chamberlaina czy Jabbara. Mimo wszystko na parkiecie radził sobie z nimi. Jak?

Swoją nieustępliwością, wolą walki, ogromną pracą i… agresją. Już  debiutanckim sezonie przewodził lidze w ilości popełnionych fauli. W całej karierze przedwcześnie zakończył mecz z powodu przewinień aż 90 razy. Cowens rzucał się po bezpańskie piłki, walczył o każdy centymetr boiska, nie zważając nawet na kontuzje – kiedyś złamał nogę podczas towarzyskiego spotkania, bo wpadł w konstrukcję kosza blokując rzut.

„Myślałem, że jest jakiś nawiedzony. Nigdy nie widziałem żeby ktoś tak utalentowany grał z taką agresją i poświęceniem.”

Te same zalety sprawiały, że Cowens radził sobie z niższymi zawodnikami. W decydującej akcji 6 meczu Finałów 1974 roku, Dave nie tylko przejął po zasłonie Robertsona, (a środkowi tamtych czasów nie robili takich rzeczy, szczególnie w przypadku Big O), ale wybił mu piłkę w koźle i wywalczył ją dla Bostonu

Ciężko pracująca społeczność Bostonu uwielbiała go, bo był jednym z nich. Zresztą nie tylko na parkiecie. Kiedy zdobył swój pierwszy tytuł z Celtics, postanowił świętować razem z przyjaciółmi i fanami zespołu w Bostonie. Impreza na tyle go poniosła, że zasnął na ławce w Boston Public Garden, w samym sercu miasta. Nad ranem wstał i pojechał prosto na paradę mistrzowską, która nota bene przejeżdżała obok tej ławki zaledwie kilka godzin później.

To było przed erą powszechnej telewizji kablowej, a co dopiero internetu, a mimo wszystko fani rozpoznali swego ulubieńca i wielokrotnie pytali go o ten incydent. Inaczej było kiedy podczas playoffów 1977 postanowił jedną noc popracować jako taksówkarz. Cowens jeździł po mieście w nocy odbierając klientów i nie będąc rozpoznanym przez nikogo. Jak stwierdził, chciał zobaczyć jak to jest.

Cowens bez wątpienia był nietuzinkową postacią. Przy wszystkich swych sukcesach, pozostawał szalenie skromny. Zapytany o to co dla niego oznacza zdobycie tytułu mistrza NBA odparł w 1974 roku:

„To była wielka frajda. To jest coś, co dodam do mojego portfolio koszykarskich doświadczeń.”

To samo podejście prezentował później, gdy został asystentem trenera w Spurs. Gregg Popovich mówił o nim:

„Jego pokora sprawia, że jest doskonałym asystentem. Nigdy nie sprawiał wrażenia, że z powodu bycia genialnym zawodnikiem, wie już wszystko na temat trenowania innych.”

Wielki zawodnik i wielki charakter, którego rola w sukcesach Celtics nie powinna być nigdy zapominana.

Kopiuj link do schowka