Na werandzie sezonu

24/10/2016

Kolejna i ostatnia zarazem przedsezonowa odsłona słonecznych wieści przed nami. Sezon regularny tuż tuż, ruchy kadrowe w zespołach w celu oczyszczenia szatni mają miejsce, u nas zaś spokój i cisza. I to mnie trochę niepokoi, wszak w każdym szanującym się zespole trzeba co jakiś czas poodkurzać. Znaczy to, że się może nie szanujemy zbytnio? Ano niestety może tak być…

Po preseason stawiam hambuxa każdemu, kto z 3 najbardziej wybijających się graczy Suns wskaże dwóch debiutantów – Chrissa i Ullisa. Piękne brzmienie obu nazwisk, gra jeszcze piękniejsza. Ullis, niczym kiedyś „Mighty Mouse” (Damon Stoudemire) prowadzi zwarty bój męczenników z arizońskiej prerii do boju. Mały, zwrotny, inteligentny. Rzutowo nie ma rewelacji, więc gdy wbija na przysłowiową pałę w pomalowane, jest karcony przez przeciwnika. Takie uroki grania z dorosłymi w basket. Z drugiej strony, mając w rotacji przed sobą drewnianego Bledsoe i słabego Knighta, może być pewny dwóch rzeczy:

  • Nie musi od razu być gotowy na granie w sezonie po 20 minut co noc. Chętnych do gry jest co niemiara, wystarczy siedzieć z boku, podglądać kolegów i oponentów, uczyć się i marnować czasu.
  • Koledzy na chwilę obecną są wystarczająco mierni, by bać się, że finalnie Tyler nie wyjdzie na parkiet. Po jakimś czasie (bliżej nieokreślona przyszłość, między śniadaniem a sylwestrem) Earl pójdzie po rozum do głowy i postawi na Tolka Banana młodego pg.

Z drugiej strony barykady mamy zaś Marquese Chrissa. Młody STAT zmiksowany z „rim wreckerem”, polanym sosem rzutu z półdystansu, doprawiony wyczuciem w obronie. Niby taki młody, niby podjumany Sacramento (a tam, jak wiadomo, za wiele wartościowego nie uświadczysz..), a już można snuć plany rozowojowe. Plany podboju ligi. Plany…

Bez sensu są te plany. Od 25 lat Phoenix zawsze miało nazwisko elektryzujące publiczność. ZAWSZE. Nie było sezonu, by nie było czegoś ciekawego w roosterze – gracza, na którym można opierać budowę zespołu. ZAWSZE.

Sztuka po sztuce wypunktuję, byście zrozumieli, jak blado wyglądamy teraz do tego, jak wyglądaliśmy kiedyś.

90-91 Kevin Johnson (top5 pg ligi), Tom Chambers (biały dryblas z mierną obroną, świetnym face-upem)

91-92 Do powyższego pakietu doszedł rozwinięty Hornacek (to, czym Booker ma być w ciągu 2 lat – strzelec, na którym można polegać, który uciągnie sam zespół)

92-96 Chuckster, MVP ligi, 22-11 co noc, dynamit nie charakter

97 KJ oraz Jason Kidd

98 Kidd i McDyess, superdynamiczny pf, ewenement ery swej i nie tylko (to, czym ma się stać Chriss za czas jakiś)

99 – 01 Kidd, Penny Hardaway i Tom Gugliotta

02- 04 Marbury era (prawie jak średniowiecze, wychodziliśmy na parkiet z pochodniami w czasach, gdy przeciwnik zajeżdżał gorzałą i wozem pancernym)

04- 12 Era oświecenia, wynalezienie kamienia (Bake Rolls) i obudowywanie 2xMVP. Steve Nash, Amare, Marion, JRich, Vince, Diesel. Nawet Gortat.

13-15 Era tragiczna, Dragic i spółka. Zdrowy Bledsoe, Morris Twins. Tu już robiło się smutno i źle. Overachiever to najlżejszy z epitetów.

16- Czasy nowożytnie, Booker time. Nikogo, kto mógłby ocierać się o mvp. Albo o highlight mix po sezonie. Może MIP, jeśli Len odkryje w sobie talent i chęci do gry.

Generalnie smutek. Żal i nostalgia.




Kopiuj link do schowka