My name is James!

My name is James!
Listopad 26 13:56 2012 Wydrukuj wpis

James Harden /fot. Flickr

Lubię pewien rysunkowy żart Andrzeja Mleczki gdzie żółw wali w ryj słonia, a podpis jest w ten deseń jakby: „Są takie dni w życiu żółwia, że musi dać komuś w mordę” (ewentualnie przypierdolić – to już moje). O Hardenie trzy słowa wyrwane z kontekstu to będą!

Jest pewien gatunek koszykarza, który w swej sportowej bezczelności umiaru nie ma żadnego, a i wymagającą publikę potrafi wprowadzić w stan ekstatycznego uniesienia. Taki delikwent nie baczy na boiskowe okoliczności, potrafi dać się ponieść wydarzeniom, wzrok ma szaleńca, a w głowie komunikat – It’s your time! Pod kosz wejdzie tak, że ośmieszony obrońca już drży na samą myśl o kolejnej penetracji. Trojkę jedną lub dwie też potrafi rzucić w najmniej oczekiwanym momencie, a na półdystansie z wielkim upodobaniem niszczy, kogo popadnie…

Nie będzie żadnego budowania napięcia w tym średnio zamaszystym tekście. To będzie emocjonalna impresja na temat bardzo lepszej wersji Barona Davisa, czyli o Jamesie Hardenie i jego zacnej brodzie słów kilka. Podczas swego pierwszego sezonu w barwach Thunder miał odpowiedzieć dociekliwym pismakom: „Chyba jednak jej nie zgolę. Chcę wyglądać poważnie, ale nie aż tak szalenie jak Baron Davis. Lubię swój zarost”. Jego broda i boiskowa dynamika stały się jednością, a osoba Barona stała się już bardzo mglistym wspomnieniem.

Trzeba Wam wiedzieć, że w świecie antycznym zarost na twarzy mógł wyrażać stan ducha, życiowe credo, ewentualnie sympatie polityczne. Źródła archeologiczne potwierdzają, że upiększaniu bród poświęcano wiele czasu – farbowano je henną, posypywano złotym pyłem (jakkolwiek to brzmi), wplatano w nie ozdoby etc. Brody były przedmiotem wyjątkowej dumy i symbolem statusu. Ucięcie komuś brody uważano wśród ludów starożytnego Wschodu za obrazę i mogło doprowadzić do wojny, w skrajnych przypadkach nadmiernie przystrzyżona mogła doprowadzić do przegranych finałów z Miami Heat… Nierzadko zarost był symbolem męskości, a golenie postrzegano, jako oznakę, oburzające, zniewieściałości (patrz Grecja). Inna gęstość czy długość brody właściwa była dla królów czy arystokratów, jeszcze inna natomiast dla żołnierzy i koszykarzy NBA. Czasy się zmieniają, a owłosienie na twarzy ciągle w cenie… Marketingowa wartość Hardena rośnie!

[reklama]

Naukowcy z Korei Północnej pewnie znaleźliby misterny wpływ brody na grę Hardena, ale w tym momencie jest to chyba zupełnie mało zasadne. W sezonie 2011/2012 legitymował się takimi cyferkami: 16,7 pkt, 4,1 zb, 3,8 as, 0,9 prz, 39% za trzy, a wszystko w wieku tylko 24 lat. James po zmianie otoczenia już nie ma zamiaru być bardzo Szóstym zawodnikiem całej ligi. Sytuacja stanęła na głowie. Houston Rockers ku zdziwieniu wszystkich, mają zamiar trochę zamieszać w lidze! Broda jego nie powinna być już przedmiotem takich zachwytów, a statystyki punktowe systematycznie wędrują ku osiągom możnych NBA… Bardziej zawistni zarzucają mu, że jest świnią na kasę, bo kontrakt na lat 5 przewiduje podobno 80 mln zielonych na koncie zainteresowanego, a kwota ta pobudza wyobraźnię znacznie bardziej niż pupa Beyonce. Dużo to czy mało za jego usługi? W Oklahomie wykalkulowali, że mistrzostwo z Hardenem, a zwłaszcza bez niego i tak jest kwestią czasu. Hmm. Może tak, ale w mojej opinii zdecydowanie bardziej nie! A James Harden z futurystyczną średnią (jak na niego) 25,2 punktu po trzynastu spotkaniach zajmuje 4. pozycję w klasyfikacji strzelców ligi. Czego może chcieć od życia taki gość jak On?

Życie pisze dziwne scenariusze. Nawet pewna Zielarka na olsztyńskiej starówce nie przewidziała, że hala w Houston podczas najbliższych miesięcy będzie wypełniona po brzegi… Jeszcze mały, bolesny niuans z perspektywy kibica Boston Celtics. Podczas gdy Kendrick Perkins przenosił swe talenty do Oklahomy, bardzo głośno było o tym, że Pan Broda powędruje w ramach rozliczenia tej transakcji do Massachusetts. Skończyło się na tym, że niejaki Jeff Green został Celtem, a ja piszę te słowa o… Hardenie.

Niech ten James będzie takim żółwiem NBA, który po prostu musi komuś przy…

Piotr Jankowski, Spacejam.blox.pl

  Tagi:
  Kategorie:
zobacz więcej wpisów

O autorze wpisu

Piotr Jankowski
Piotr Jankowski

Zobacz więcej wpisów
Dodaj komentarz

4 Comments

  1. kec
    Listopad 26, 18:19 #1 kec

    Bardzo fajnie napisany artykuł byle więcej takich.
    A co do osoby Hardena to osobiście jakoś po jego transferze nie dowierzałem że chodziło o kasę tylko o to że James nie chcę być już w cieniu Duranta i Westbrooka i sam chce być gwiazdą na której opiera się grę. I w sumie się nie pomyliłem bo po przeprowadzce do Rockets pokazuję na co go stać. I szkoda tylko że Lin jednak okazuję się tylko średniakiem bo gdyby grał tak jak zeszłym roku to z hardenem u boku mogli by mierzyć naprawdę wysoko

  2. Korekta
    Listopad 28, 20:50 #2 Korekta

    3-ci akapit.
    Chyba dużo lepszej, a nie bardzo lepszej. Chyba że na tym polega tegoż tekstu zamaszystość…

  3. Peter Parker
    Listopad 29, 17:27 #3 Peter Parker

    Dziękuję Wnikliwemu za wzrok bystry i rozum wartki! Zamaszystość tekstu jest kwestią względną, a łączenie „bardzo” z „lepszej” ma charakter zamierzony i służy raczej zabawie językiem niż słowotwórczym lotom tam gdzie wzrok nie sięga.

    Podpisano – Autor

  4. Peter Parker
    Listopad 29, 17:33 #4 Peter Parker

    @Kec

    Harden jest jak łasica w sołtysowym kurniku i bać się też nie zamierza byle kogo. Jest progres, a czuję, że będzie jeszcze lepiej bo do twarzy mu z tą odpowiedzialnością za losy drużyny!!! Lin też powinien niedługo wspiąć się na wyższy level. Rakiety to mimo wszystko radosny skład na play-offy. Mimo wszystko!

Dodaj komentarz

Your data will be safe! Twój adres e-mailowy nie zostanie opublikowany. Także inne dane nie zostaną upublicznione trzecim stronom.
Wszystkie pola są obowiązkowe.