Magic Johnson – jak zmienić problem Lakers w sukces

15/07/2018
Magic Johnson Lakers

Jeśli myślimy o jakichkolwiek podsumowaniach tegorocznego offseason, na pierwszy plan wysuwa się rewolucja w Los Angeles Lakers. Trudno jednak powiedzieć, czy większa rewolucja zaszła w aspekcie sportowym, czy tez marketingowym.

Po trudnej końcówce kariery Kobe Bryanta, kilku latach bez żadnych sukcesów i wielkich gwiazd, Los Angeles Lakers byli już na dużym głodzie. Nie tylko głodzie wygrywania, ale bycia na świeczniku. Nie chodzi tylko o poziom sportowy, ale też medialny. Potrzeba było show, potrzebne były gwiazdy. Pojawił się więc LeBron James, a wraz z nim Lakers jako praktycznie nowy zespół.

Sprowadzenie LBJ jest oczywiście wielkim sukcesem Magica Johnsona i Roba Pelinki. Zwłaszcza, że zakontraktowali go aż na cztery lata. Późniejsze ruchy wzbudziły jednak w kibicach pewne obawy – czy aby na pewno są to najwłaściwsze kawałki do tej układanki? Magic uspokaja – wszystko było konsultowane z LeBronem i układane niejako pod niego:

„Jeśli tylko czulibyśmy, że jest do podpisania jakiś kontrakt, albo do przeprowadzenia jakaś wymiana, która uczyniłaby nasz zespół lepszym, to na pewno byśmy to zrobili. Skoro jednak takich okazji nie ma, to mamy swoją ekipę i pójdziemy z nią na wojnę. Mamy naprawdę dobre przeczucia odnośnie tego zespołu. (…) Już za rok będziemy mieli dużo miejsca w salary cap, żeby ściągnąć kolejnego gracza na maksymalnym kontrakcie. Razem z Robem Pelinką ułożyliśmy sobie odpowiednią strategię. Oczywiście, LeBron trochę zmienił nasze plany, ale pozostajemy zdyscyplinowani i mamy nadzieję, że będziemy drużyną mogącą zdobywać mistrzostwa przez wiele kolejnych lat.”

„Tu nie chodzi o wpływy. Trzeba po prostu usiąść z najlepszym graczem świata, zaangażować jego mózg i powiedzieć – jesteś dziś w grze. To tak jak wtedy, kiedy ja grałem. Ówczesny właściciel i Generalny Manager przychodzili do mnie, kiedy myśleli nad jakimś ruchem. Teraz będzie to działało tak samo. Będziemy szli do LeBrona i mówili mu, że jest do zrobienia taka i taka wymiana. Zapytamy go – co myślisz o tym graczu? Znasz go, grałeś przeciwko niemu. Wiesz o nim różne szczegóły.”

„Po to własnie masz w tej lidze graczy formatu supergwiazdy. Chcesz mieć z nimi nić porozumienia i wiedzieć, co oni myślą. Tak było też przy okazji sprowadzenia nowych gości w tym roku. LeBron zrobił bardzo dobrą robotę, dając nam swoje opinie. Będziemy dalej działać w ten sposób. Ostateczne decyzje o tym, kogo sprowadzamy i kogo wymieniamy podejmuję ja. idę z taką decyzją do Jeanie [Buss, właścicielka Lakers] zobaczyć co na ten temat powie i czy podpisze.”

Są to pozasportowe aspekty budowania składu zespołu NBA, o których jako kibice nie myślimy na co dzień – ponieważ pod prostu nie mamy na ten temat dużej wiedzy. Można było się domyślać, że zarówno Rajon Rondo, Lance Stephenson jak i JaVale McGee byli graczami, których przyjście James zaaprobował. To o tyle groteskowe, że jeden z nich ma reputację niezbyt inteligentnego, a dwóch pozostałych ma za sobą historię chłodnych stosunków z LeBronem. Nie mniej jednak są to gracze twardzi i doświadczeni.

Kontrakty są jednoroczne – jak wspomniał Magic Johnson, za rok będzie w salary cap bardzo dużo miejsca na kolejnego maksymalnego gracza. Można by więc spokojnie uznać, że sezon 2018/19 będzie sezonem „na przeczekanie” i gracze jak McGee i Stephenson koniec końców nie mają znaczenia. Jest to jednak LA, jest tez LeBron James, więc parcie na wygrywanie będzie ogromne – od razu. W przypadku nawet średniego sezonu, skala nagonki medialnej może się okazać przytłaczająca. Między innymi dlatego Magic Johnson tonuje trochę nastroje i ostrzega, że jednak nie musi być od razu tak kolorowo:

„Rzecz, która wciąż jest jeszcze do zrobienia i co do której fani muszą okazać trochę cierpliwości, to chemia na parkiecie. Zebraliśmy tych gości razem i większość z nich będzie grała ze sobą nawzajem po raz pierwszy, prawda? Więc zajmie nam to pewnie miesiąc lub dwa – pewnie bliżej dwóch miesięcy – żeby naprawdę zrozumieli jak ze sobą grać, jak się wspierać na boisku.”

„Widzieliśmy LeBrona w Miami, jak męczyli się przez pierwsze dwa miesiące. W końcu jednak zaczęli grać razem i stali się zespołem mistrzowskiego formatu. Jestem przekonany, że podobny problem wystąpił, kiedy wrócił do Celveland – zajęło z dwa miesiące przyzwyczajenie się do siebie nawzajem i stanie się zespołem formatu mistrzowskiego. Tym razem wcale nie będzie inaczej. Będziemy męczyć się z tym, żeby nauczyć się grać ze sobą nawzajem, nauczyć się kto gdzie lubi dostawać piłkę i tego rodzaju rzeczy. W końcu jednak zaczniemy grać razem i czuję, że będziemy jedną z najlepszych ekip na zachodzie.”

Zestaw graczy wokół LeBrona to nie żaden gwiazdozbiór – są to raczej zadaniowcy, w najlepszym wypadku i w optymalnej dyspozycji naprawdę dobrzy zadaniowcy. Wciąż nie jest to jednak materiał na wielkie sukcesy. Zwłaszcza, że cała ta układanka na pierwszy rzut oka nie ma wielkiego sensu. Jak to możliwe, że w drużynie NBA na sezon 2018/19 praktycznie nie ma strzelców z dystansu? Brzmi to jak przepis na klęskę. Zarząd Lakers na czele z Magikiem Johnsonem przemyśleli to jednak dogłębniej:

„Musimy pamiętać, że gra jest już znacznie inna. Nie istnieje drużyna, która byłaby w stanie podrobić Golden State Warriors. Można jedynie próbować – Houston naprawdę sprawiło GSW problemy, ponieważ mieli wielu graczy, którzy mogli złamać linię obrony. Nie tylko rzucać, ale też dryblować, kreować sobie pozycję. Byli też świetni po bronionej stronie parkietu.”

„Kiedy pomyślisz sobie o drużynach, które najlepiej radziły sobie z GSW, wszystkie one miały uderzenie. Kiedy jednak popatrzysz na taki Boston, który miał – znowu – wielu graczy kozłujących, którzy potrafią zejść nisko i znaleźć dla siebie rzut – zaszli z tym aż do Finałów Konferencji.”

Jak się nad tym zastanowić, to jest w tym sporo sensu. Rondo, LeBron, Lance – to wszystko gracze z dużymi umiejętnościami na piłce i z możliwościami w obronie. Zarówno Rockets jak i Celtics mieli jednak poza tym swoich strzelców zza łuku. Jeśli Lakers nie znajda swoich, może być ciężko nawiązać choćby do sukcesów drużyn wspomnianych przez Johnsona.

Lakers zaczęli bardzo niebezpieczną zabawę, sprowadzając LeBrona. W momencie, w którym okazało się, że następną gwiazdę można sprowadzić dopiero za rok, zaczęło się przeczekanie. Nie można tego jednak tak po prostu „przeczekać” z powodu ogromnej presji – w tym wieku zmarnowanie całego sezonu LeBrona nie byłoby łatwe do zniesienia przez kibiców. Jego przyjście do LA narobiło apetytu na zwycięstwa wszystkim obserwatorom.

Jak więc dotrwać do offseason 2019/20 bez strat moralnych i wizerunkowych? pokazuje to Magic Johnson, który umiejętnie studzi entuzjazm, mówiąc o trudnym początku, który będzie nieunikniony. Jeśli uda się usprawiedliwić problemy na początku, jest szansa, że ewentualne dalsze niepowodzenia w trakcie sezonu nie odbiją się aż tak szerokim echem. Johnson doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Sprowadzenie zawodników, którzy mogą nie wypalić? Cóż, jeśli wypalą, może to wyglądać bardzo ciekawie. Jeśli nie, to stosunkowo łatwo będzie to przełknąć i sprzedać medialnie nie jako porażkę, ale jako przetarcie szlaku i próbę szybkiego odniesienia sukcesu, która prędko przerodzi się w duet LeBron-Kawhi, bądź LeBron-Butler, bądź tez jakikolwiek inny gwiazdorski duet. Magic Johnson to wizerunkowy mistrz – na pewno nie pozwoli on na to, by ktokolwiek odebrał pierwszy sezon Jamesa w Lakers jako porażkę. Jak do tej pory zaplanował wszystko naprawdę sprytnie – przez najbliższy rok czeka go ogrom medialnej pracy, żeby nad tym marketingowym aspektem zapanować.

 

 

Kopiuj link do schowka