Czy LaVar Ball ma rację?

06/07/2017
Lonzo Ball Lavar Ball NBA fot. Marcus Smith / ESPN

Jakim rodzicem jest LaVar Ball? Czy Lonzo Ball podoła presji, jaką wywiera na nim własny ojciec?

Naukowcy z Uniwersytetu Reading w Wielkiej Brytanii stwierdzili na podstawie badań z lat 2002-2007, że wymagający rodzice wpływają pozytywnie na osiągnięcia dzieci w nauce. Rówieśnicy, których rodzice mieli mniejsze oczekiwania względem swoich pociech, mają gorsze wyniki.

Sytuacja zmienia się, gdy rodzice są zbyt ambitni i ich oczekiwania nierealne – wtedy dzieci nie uczą się tak skutecznie. Naukowcy przypuszczają, że presja ze strony rodziców powoduje stres, frustrację i brak pewności siebie u dzieci, co odbija się na ich wynikach. Profesor Kou Murayama uważa, że aspiracje rodziców mogą pomóc dzieciom, ale tylko gdy są realistyczne.

Jakim rodzicem jest LaVar Ball i po której stronie barykady się znajduje? Jeśli ambicje jakie LaVar Ball ma względem syna (synów) są realistyczne, rośnie przed nami następny Magic Johnson.

Postać Lonzo Balla i jego ojca od jakiegoś czasu dominuje w mediach.

Dumny i pewny swego ojciec porównuje syna do największych tuzów koszykówki szumnie twierdząc, że Steph Curry przegrałby z jego synem. Sam zresztą nie szczędzi sobie pochwał ogłaszając w telewizji, że w grze 1 na 1 sam Michael Jordan nie miałby z nim szans. Niestety, Michael nie podjął rękawicy i dyplomatycznie milczy.

Manifesty LaVara nie zaprzątały zbytnio mojej głowy. Stwierdziłem, że jest to jeszcze jeden uzurpator, chcący zwrócić uwagę na siebie i swoje otoczenie, któremu bardziej zależy na rozgłosie niż na faktycznej dominacji. W wywiadzie po wyborze Lonzo do Lakers, Lavar oznajmił, że playoffy zawitają do Los Angeles już w tym roku i nie chodziło mu o mecze Clippers. Przysłuchując się temu syn nie skomentował obietnic taty.

Jalen Rose odnosząc się do wywiadu LaVara porównuje go do Drew Bundini Browna – legendarnego trenera i cornermana Muhammada Aliego, który motywował i pobudzał mistrza. Czy faktycznie papa Ball jest mentorem i trenerem personalnym swojego syna? Czy jego zachowanie jest raczej nowym rodzajem marketingu sportowego?

Jeżeli jest to marketing sportowy, to muszę przyznać, że dałem się złapać. Nie interesuję się ligą uniwersytecką, a mimo to długo przed Draftem, wiedziałem już kim jest Lonzo i jego marka Big Baller Brand. Wielokrotnie gościli ze swoim ojcem w programach telewizyjnych, gdzie – ubrani od stóp do głów w ciuchy swojej produkcji – odpowiadali na najróżniejsze pytania prowadzących (tata odpowiadał). Słuchając wywiadów, jakich udziela LaVar Ball, można jednak odnieść wrażenie, że marketing jest tylko częścią większej strategii, a Pan Ball ma wszystko zaplanowane.

W programie First Take, przekrzykując Stephen A. Smitha, oznajmił, że jego syn jest efektem przemyślanej koncepcji, zaczynającej się od wyboru pięknej, wysportowanej żony – Tiny (natarczywie, przychodzą mi na myśl genetyczne eksperymenty rodem z NRD, ZSRR czy komunistycznych Chin). Płeć oraz liczba dzieci także nie jest przypadkowa. Podobnie jak fakt, że jego synowie zostaną sportowcami. Nazwisko (Ball) mówi samo za siebie.

Przyszłość każdego z synów jest od samego początku wiadoma. Takie podejście do rodzicielstwa nazywane jest przez profesor Tanyę Byron „arkuszowym (od angielskiego ‚spreadsheet’) podejściem do rodzicielstwa”, gdzie przyszłość dziecka jest zapisana niczym w skoroszycie. Jeżeli LaVar Ball zrealizuje swój cel, w Lakers będą grać wszyscy trzej bracia.

Być może nie doceniam LaVara, a jego agresywne zachowanie ma pomóc w ochronie jego dzieci. Choć tak bardzo zabiega o uwagę świata koszykarskiego dla jego syna, jednak to on głównie udziela wywiadów, to on uprawia trash talk i wyzywa każdego wątpiącego na pojedynek. Czy kiedy syn zacznie swój pierwszy sezon w NBA, a z nim pojawią się pierwsze porażki i oskarżenia mediów, kibiców, czy to on weźmie ciężar krytyki na swoje barki?

Osoba Lavara jest niezwykle kontrowersyjna. Nietuzinkowa osobowość i wybuchowy charakter… pozostawmy go jednak na razie w cieniu – do czego nie jest przywykły – a skupmy się na zawodniku Lakers..

Lonzo przez cały swój sezon w UCLA notował 14,6 punktów 7,6 asyst i 6 zbiórek. Jest to pierwszy zawodnik od czasów Jasona Kidda który uzyskał średnio 14 punktów 7 asyst i 6 zbiórek. Jego grę doceniono. Został jednomyślnie wybrany do zespołu All American i uhonorowano go nagrodą Waymana Tisdale’a dla najlepszego pierwszoroczniaka w lidze akademickiej. Po roku pełnym sukcesów spędzonym na uczelni postanowił spróbować sił w NBA, gdzie w drafcie został wybrany z numerem 2 przez Los Angeles Lakers. W wywiadach raczej skromny, małomówny, szczególnie w obecności swojego taty.

Lonzo Ball: Sztuka podania

Jeziorowcy wierzą w talent Lonzo. Ich dotychczasowy rozgrywający D’Angelo Russell, wybrany także z numerem 2 przez Lakers w roku 2015, został oddany niedawno do Nets za Brooka Lopeza. Za kulisami słychać, że do Lakers może także zawitać Rajon Rondo. Być może miałby służyć doświadczeniem i radą młodemu zawodnikowi. Muszę przyznać, że Rondo w roli mentora to obraz dość abstrakcyjny. Nie zmienia to jednak faktu, że Lakers wiążą duże nadzieje z najstarszym z braci. Być może to początek wielkiej przyjaźni zespołu z całą rodziną Ballów…

Co jednak, jeśli Lonzo nie podoła tak wielkiej presji? Jeśli nie poradzi sobie na początku z grą w NBA? Czy będzie to dla niego porażka i ostatecznie droga do odwrotu?

Jego ojciec podkreśla, że liczą się tylko zwycięstwa. Dziś jest pewny zdolności swojego syna, ale gdy okaże się, że Lonzo nie sprosta oczekiwaniom, jak wielu zdolnych dzieciaków przed nim i nie zrobi wielkiej kariery w lidze, będzie tak skory do porównań z najlepszymi?

Czy ambicje ojca przeniosą się na dwóch pozostałych braci? W tej chwili LaVar Ball nie dopuszcza do siebie nawet takiej myśli. Wierzy, że jego słowa się urzeczywistnią, jeśli tylko będzie je często powtarzać. Co zresztą ciągle robi. Trzeba pamiętać, że im wyżej chce się wejść, tym z większym hukiem można spaść.

Osobiście wątpię, żeby w tym roku pod wodzą Lonzo, Jeziorowcom udało się awansować do rundy playoffs, szczególnie na Zachodzie, gdzie robi się coraz ciaśniej, a drużyny nie skończyły się jeszcze zbroić. Zeszły sezon – po początkowym miłym zaskoczeniu – zakończył się jednak porażką. W Los Angeles brakowało gwiazdy. Nawet z dodatkiem Lonzo i Lopeza, drużyna ciągle nie wygląda obiecująco. W pierwszą ósemkę nie wątpi za to LaVar Ball, który ma już przygotowaną czapkę z napisem „A nie mówiłem”…

(Przy tworzeniu tekstu posiłkowałem się artykułami z The Guardian i Daily Telegraph oraz wywiadami Ballów w mediach amerykańskich.)

Kopiuj link do schowka