Koniec marzeń o 82:0

30/10/2016

Możemy się śmiać, ale spotkanie było do wygrania i byłaby to już druga wygrana z zespołem, który aspiruje do playoffów. Niestety zbyt wielu zawodników nie miało swojego dnia i nie wszystkie decyzje Luke’a tym razem wypaliły.

Przegraliśmy 89:96 na parkiecie w Salt Lake City. W tym meczu wyszło kilka braków, jakich nie potrafili wykorzystać Rockets, a które ciągle są naszą piętą achillesową, przez co byliśmy ostatnią obroną w zeszłym sezonie. Gra w pomalowanym może ulega poprawie, ale widać to głównie, gdy przeciwnik posiada co najmniej jednego ograniczonego wysokiego lub gra rozciągniętą czwórką. Dzisiaj pod koszem było nieźle tylko momentami. Jeśli usuniemy wszystkie minuty Favorsa na parkiecie i nieszczęsną grę Randle’a na centrze, to jeszcze nie zbliżymy się do dokładnej ilości minut, do których nie można mieć zastrzeżeń. Mozgov miał problemy z faulami, Gobert z każdego pojedynku wychodził zwycięsko i frustracja odbierała Rosjaninowi rozum. Walton zamiast dać większe minuty Tarikowi, postanowił wychodzić częściej niskim składem. Deng grał na czwórce i grał naprawdę ok, ale Julius pod obręczą działał tylko na niekorzyść drużyny. Gdy przechodziliśmy do tego ustawienia, Utah natychmiast atakowała obręcz, niestety bardzo skutecznie.

Jazz zdobyli „tylko” 10 punktów więcej w pomalowanym, ale statystyka jest strasznie przekłamana. Dlaczego? Stanęli 19 razy więcej na linii, a faule wymuszali właśnie pod koszem. 40 rzutów wolnych nie zdarza się twojej drużynie codziennie, ale Lakers mają tendencję do faulowania i nie da się tego wyplenić. Mając Younga i Lou, czyli świetnych graczy do wymuszania fauli nie potrafimy często zbliżyć się do ilości rzutów wolnych rywala. Tylko z tych dwóch statystyk robią się 22 punkty przewagi Jazz. Pamiętając, że mieliśmy prawie 7 minut bez trafionego rzutu z gry między 2 i 3 kwartą i ostatecznie przegraliśmy zaledwie 7 punktami wynika, że w innych aspektach wyglądaliśmy lepiej od Utah.

To prawda, ale żadnego elementu nie zdominowaliśmy. Delikatnie lepiej dzieliliśmy się piłką, zdobyliśmy dwa punkty więcej ze strat przeciwnika i częściej przechwytywaliśmy piłkę. Tylko trzy trójki trafione więcej, ale na 15% lepszej skuteczności sporo wniosły do tego meczu. Jazz w ciągu ostatnich 5 lat podwoili średnią trafianych trójek, ale dalej nie mają strzelców z prawdziwego zdarzenia i kuleje przez to skuteczność. Powinniśmy jeszcze bardziej zdominować tę statystykę, ale JC z D’Lo trafili w sumie tylko jeden rzut z 8 wykonywanych…

Russell wyglądał dobrze jedynie, gdy dzielił się piłką, a Jordan zagrał jak w pierwszej połowie z Houston. Przy braku Calderona i z Huertasem jako zmiennikiem na PG nie mieliśmy wielu opcji rzutowych. Często graliśmy na granicy błędu 24 sekund i wiele rzutów było nieprzygotowanych. Jedynym motorem napędowym w ataku był Williams. Miał najwięcej punktów (17) i najwięcej asyst (6) w naszym zespole. Oprócz niego pochwaliłbym jeszcze Blacka. W 10 minut zrobił więcej pożytecznych rzeczy od Juliusa i Timofeya razem wziętych.

Mam nadzieję, że Luke Walton szybko zrezygnuje z gry 12 zawodnikami, bo tylko utrudnia sobie zadanie, gdy wpuszcza Thomasa Robinsona przy nie najgorszym dla drużyny wyniku. W dzisiejszym meczu przeciwko Thunder powinien wystąpić Jose Calderon, dla którego będzie to debiut oraz Brandon Ingram, którego występ z Jazz zakończył się po 4 minutach z powodu urazu.

Przed sezonem dałem na twitterze szaloną prognozę, że możemy być na koniec sezonu lepsi od osamotnionego Westbrooka. Za kilka godzin będzie szansa na zrównanie się bilansami.

 

 

Kopiuj link do schowka