Kolejny walkower w meczu na szczycie. NBA jest miękka?

19/03/2017

Choć Los Angeles Clippers nie grają ostatnio najlepiej, rozgromili obrońców tytułu 108:78. Powód? Cleveland Cavaliers zgodnie z obowiązującą modą dali w tym meczu odpocząć największym gwiazdom.

O ile odpoczynek miał sens wobec powracającego po kontuzji Kevina Love’a i Kyrie’ego Irvinga, który w czwartek narzekał na kolano po meczu w Salt Lake City, o tyle brak LeBrona Jamesa trudno wytłumaczyć, szczególnie płacącym za bilety w Staples Center i widzom ogólnokrajowej telewizji, do której ten mecz trafił jako hit wieczoru.

Dopiszcie „s” do słowa hit i wszystko będzie się zgadzać. Cavaliers zakończyli spotkanie z najgorszymi wynikami w tym sezonie pod względem zdobytych punktów, celnych trójek (5) i skuteczności z dystansu (18.5%). Największe ożywienie na trybunach we wczorajszym spotkaniu związane było ze skandowaniem „We want LeBron”.

Clippers skrzętnie wykorzystali osłabienie rywala, przerywając serię trzech kolejnych porażek, ale wcale nie są moralnymi zwycięzcami – w poprzednim meczu Doc Rivers też dał odpocząć Blake’owi Griffinowi (wczoraj 23 punkty, 8 zbiórek i 4 asysty) i DeAndre Jordanowi (13/17 przeciw Cavs) – i nie za bardzo miał prawo krytykować po meczu decyzję Tyronna Lue.

Klub z LA po meczu zaprosił posiadaczy karnetów na seans filmu „Space Jam” – nie wiem, czy było to zaplanowane wcześniej, ale wyglądało to jak zadośćuczynienie za konieczność oglądania J.R. Smitha pudłującego wszystkie 7 rzutów z dystansu.

Kilka dni temu, w sprawie nagminnego wyłączania z gry zdrowych zawodników głos zabrał John Wall. Point guard Washington Wizards uznał, że to znak czasów. „Tym właśnie różni się dzisiejsza liga od tej sprzed kilku lat. Zrobiła się trochę bardziej miękka” – powiedział Wall.

Miękkość to, czy zdrowy rozsądek, traci na tym produkt, jakim jest liga NBA. Sezon jest długi i bezlitosny, ale jakoś 20 lat temu koszykarze dawali radę bez urlopów na żądanie.

Nie było LeBrona, więc w kwestii highlightów Cavs musimy zadowolić się Richardem Jeffersonem.

Dzięki Bogu, wciąż mieliśmy na parkiecie Blake’a…

No i zawsze będziemy mieć „Kosmiczny mecz”…

Kopiuj link do schowka