Kentavious Piston-Pope

11/07/2017
Kentavious Caldwell-Pope fot. Getty Images

Koniec. Tylko tyle byłem w stanie wklepać na Twittera, gdy Adrian Wojnarowski napisał „Detroit is renouncing Kentavious Caldwell-Pope, league sources tells ESPN”. Ani słowa w tym miejscu o samej wymianie, bo tym zajął się Dawid, to będzie tekst wspomnieniowy. Pojawiało się już kilka takich na Pistons Poland, zasłużyli sobie na nie zarówno Ben Wallace, jak również Chauncey Billups oraz Rasheed Wallace – jednym słowem legendy organizacji z Motown – i pewnie kolejny powinien być Rip Hamilton, który doczekał się w minionym sezonie zastrzeżenia swojego numeru, ale cóż, za młody na to jestem. Jasne, Goin’ To Work byli powodem, dla którego zacząłem kibicować Pistons jeszcze na etapie wczesnej podstawówki, choć nie mniejsze wrażenie robili na mnie wtedy Phoenix Suns Mike’a D’Antoniego (nie pytaj skąd taka skrajność, bo nie mam pojęcia).

Kiedy jednak myślę o tamtej drużynie, myślę sobie o różnicy między rodziną, a nawet ludźmi, których określasz mianem przyjaciół- chodzi o to, że przyjaciół poznałeś mając kilka czy kilkanaście lat, zupełnie jak Mr Big Shot, którego poznałem w jego ósmym sezonie w lidze, jak Hamilton, którego poznałem w jego szóstym sezonie, jak Big Ben, którego poznałem w jego dziewiątym sezonie czy Sheed, którego poznałem w jego dziesiątym sezonie. I tylko Tayshaun był wówczas koszykarzem dopiero trzeciorocznym i zawsze do niego było mi najbliżej spośród członków najlepszej pierwszej piątki w historii tej gry. Tamci Pistons zawsze byli jednak przede wszystkim drużyną i pewnie z tego powodu nigdy nie zrozumiem, jak można zmieniać kluby razem ze swoim ulubionym zawodnikiem – to oczywiście delikatny diss na fanów LeBrona, bo przecież fani Duncana, Kobego czy Dirka nigdy się w takiej sytuacji nie znaleźli.

To wciąż jednak nie było to, co w przypadku KCP, bo tak się składa, że dopiero przed draftem 2013 zacząłem w jakimkolwiek stopniu zerkać w stronę NCAA, interesować się prospektami i znalazłem sobie trzech zdecydowanych faworytów na równorzędnym poziomie – Nerlensa Noela, Victora Oladipo i właśnie Kentaviousa. Kiedy więc Dumars wybrał bohatera tego tekstu, stało się dla mnie jasne, kto z tej klasy stanie się moim numerem jeden – KCP jest dla mnie trochę jak dalsza rodzina, może nie brat, ale pierwszy kuzyn, bo poznałem go jeszcze, zanim został zawodowcem, czyli zanim nasze mamy pozwoliły nam obu wyjść bez opieki na podwórka odpowiednio w Radomiu i w Thomaston w stanie Georgia. Czy na koniec dnia każdy z nas nie dochodzi do wniosku, że fajnie jest się kimś jarać wcześniej niż inni?

Sezon debiutancki Kentaviousa to były przebłyski po bronionej stronie parkietu (nic lepszego w koszykówce niż chasedown bloki!), które jednak nie wystarczyły nawet na miejsce wśród najlepszych debiutantów w Rising Stars Challenge podczas All-Star Game, choć gdyby nie kontuzja, to grałby w tym spotkaniu Pero Antić(!)- fakt, że cholernie łysy Macedończyk statystycznie był wtedy trochę lepszy niż 6 punktów na mecz przy skuteczności minimalnie poniżej 40% z gry i 32% z dystansu naszej dzisiejszej gwiazdy. Co gorsze, Trey Burke miał wtedy swój najlepszy okres w karierze i co prawda teraz może być już na autostradzie do Chin albo innego AZS-u Koszalin, ale wtedy poddawano w wątpliwość pominięcie przez Dumarsa byłej gwiazdy Uniwersytetu Michigan. Kiedy Pistons nie grali już o nic, w ostatnim meczu sezonu z Oklahomą City Thunder wydarzyła się eksplozja KCP na 30 punktów- swoją drogą ach co to była za ekipa, w której Peyton Siva dostawał w kwietniu po kilkanaście minut w każdym spotkaniu.

Niecałe trzy miesiące później, już pod okiem Van Gundy’ego, KCP kompletnie zdominował Summer League w Orlando, zostając najskuteczniejszym graczem w tej legendarnej już kanciapie i wg mnie również najlepszym, choć oficjalnie przegrał z Elfridem Paytonem. Drugi rok to progres, który musiał przyjść wraz z większymi minutami, bo KCP był już regularnym starterem zarówno w tej 5-23 ekipie mającej w składzie gościa, którego nazwiska nie wolno wymawiać, a któremu Tom Gores wciąż płaci ponad 5 milionów rocznie, jak również w tej niesamowicie fantastycznej ekipie, która istniała od przejęcia Tollivera do kontuzji Jenningsa, a także w tej ekipie, w której R-Jax dawał już sygnały tego jak dobry będzie w przyszłym sezonie, zaczynając w piątce wszystkie 82 mecze. Z bardzo dobrej strony pokazał się przeciwko Warriors, którzy zaczynali już wtedy stawać się potworem robiącym sezon na 73-9 rok później, był również absolutnie kozacki przeciwko Rockets przy okazji powrotu sami wiecie kogo do The Palace – 28 punktów, 5 zbiórek, 4 asysty, 3 bloki, przechwyt i 6 trójek – a jego niesamowicie gorąca czwarta kwarta z fantastyczną trójką w transition po bloku Tollivera w przegranym ostatecznie meczu z Hawks jest jednym z moich zdecydowanie ulubionych momentów w jego karierze, szczególnie biorąc pod uwagę, że był to mecz dwóch najgorętszych wówczas drużyn w NBA (tak, Hawks i Pistons byli najgorętszymi drużynami w NBA #styczeń). KCP poprawił się wtedy do dających nadzieję 34,5% za trzy.

Sezon trzeci – carrer high w minutach (36.7), punktach (14.5), zbiórkach (3.7), przechwytach (1.4), skuteczności z gry (42%), jednocześnie jednak trafiał najgorsze 31% z dystansu. Zdecydowanie najjaśniej błyszczał w grudniu- w wyrównanym meczu przeciwko Celtics miał rekordowe natenczas dla siebie 31 punktów na bardzo dobrej skuteczności 10/16, a w blowoucie z Indianą był bliżej niż kiedykolwiek triple-double (18-7-8). Generalnie mam wrażenie, że to był też sezon, w którym KCP był najbardziej regularny w swojej nieregularności, miał jedyne dwie w swojej karierze serie przynajmniej 10 meczów z dwucyfrową zdobyczą punktową (w drugiej połowie stycznia, począwszy od tego wielkiego zwycięstwa z Warriors w noc Bena Wallace’a, oraz w marcu) i był to też jego najlepszy rok wg statystyki on/off. Wreszcie robił również rzeczy przeciwko LeBronowi- kolejny chasedown blok, który kocham i moment, gdy sam uniknął podobnego bloku od Króla w kontrataku.

No i wreszcie ostatni rok- do czasu kontuzji odniesionej w styczniowym meczu z Supervillains z Oakland trafiał 40% swoich rzutów z dystansu i zdecydowanie wyglądał jak max player. Po powrocie skuteczność zza łuku spadła jednak do fatalnych 29%, ale nawet kiedy generalnie ssał, potrafił być clutch, trafiając game-winnery w przedłużonym o dwie dogrywki meczu w Portland czy w comebacku z Raptors. Do tego absolutnie fantastyczny pojedynek strzelecki z Kembą Walkerem w czwartej kwarcie i dogrywce meczu z Hornets czy rekordowe 38 punktów przeciwko Pelicans, zaczął nawet w tym sezonie trochę kreować, choć w dalszym ciągu nie można uznać tego za jego atut. W tym momencie byłem już zdecydowany, że zamawiam jersey tego człowieka, nawet pomimo faktu, że najmniejsze rozmiary w NBA Store są na mnie za długie o jakieś 2 cale. Tak, biedny student chciał koszulkę, która wisiałaby sobie na ścianie, czekał tylko na nowy kontrakt…

No i się nie doczekał. Na koniec dnia oczywiście Avery Bradley jest dziś, 11 lipca 2017, lepszym graczem, ale KCP ma według mnie w dalszym ciągu większy upside. I co prawda, Kentavious nie umarł jako koszykarz- tak, jak napisałem na fanpage’u, w dalszym ciągu będę jego największym fanem w Polsce- dlatego powinienem pewnie użyć innego sformułowania niż „zapamiętam go jako”, ale zapamiętam go jako świetnego, choć jeszcze nie elitarnego obrońcę obwodowego, artystę chasedownów, gracza cholernie nierównego w swojej grze i czasami (no dobra, często) cholernie denerwujące decyzje rzutowe (tu cecha wspólna mojego kuzyna ze mną), przez które żaden Kevin Durant tego świata nigdy nie skojarzy jego nazwiska z hasłem „hesi pull-up jimbo”, ale zapamiętam go także jako koszykarza, który idealnie nadaje się na bycie kiedyś trzecim najlepszym zawodnikiem w zespole mistrzowskim.

Dzięki Kentavious za te 4 lata, już tęsknię.

PS. Na koniec zebrałem w jedną playlistę trochę defensywnych highlightów.

Kopiuj link do schowka