Jak na mistrzów przystało

25/05/2014
LeBron James
fot. Flickr

fot. Flickr

Przykro mi Indiano. Gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że Heat są po prostu lepsi. Mają więcej talentu i dwóch najlepszych zawodników w tej serii. LeBron James i Dwyane Wade po raz kolejny prowadzili swoją drużynę do zwycięstwa. Gdy w ich zabawę, w trakcie czwartej kwarty, włączył się jeszcze Ray Allen, wszyscy wiedzieliśmy, że mecz właśnie się skończył.

Zacznijmy jednak od początku. To Pacers wyszli na parkiet jako bardziej zdeterminowana ekipa. Grali swoją defensywę, wymuszając kolejne straty mistrzów, którzy myślami byli jeszcze gdzieś pomiędzy meczem numer dwa, a piątkowym treningiem. Po ośmiu minutach podopieczni Erika Spoelstry mieli na swoim koncie więcej strat (7) niż punktów (4) i co poniektórym mogło się wydawać, że jeśli ktoś ma to spotkanie zdominować, to będą to właśnie goście.

Sponsor serwisu

Niestety. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że prawdziwych mężczyzn nie poznaje się po tym jak zaczynają, a po tym jak kończą. Heat nic nie zrobili sobie z przewagi Pacers, którzy prowadzili w tym pojedynku już 19:5 i 34:20. Przypomnieli o swojej defensywie i w 200 sekund wymusili na gościach aż sześć strat, zaliczając między innymi serię trzech przechwytów w trzech kolejnych, defensywnych posiadaniach. Ze stanu -13 nagle zrobiło się -6 i jak to mówią slogany – mecz zaczynał się nam od nowa. Warto zauważyć, że swój pierwszy run, Heat znowu robili bez Chrisa Bosha na parkiecie. Krystyna po raz kolejny była nieefektywna, zdobyła swoje tradycyjne 9 punktów i nie trafiała rzutów z dystansu (1/3). Zapytacie się, po co w takim razie próbuje?

Antoine Walker byłby dumny.

Mimo kolejnego ‚Like a Bosh‚ występu od Bosha (-8 z nim na parkiecie), Heat zdołali się podnieść i w drugiej połowie to oni stawiali warunki w tym spotkaniu. ?wietne minuty z ławki dawali im jak zwykle Chris Andersen i Norris Cole, ale za prawdziwą dominację odpowiadali oczywiście ci najlepsi. Lebron James i Dwyane Wade w samej trzeciej kwarcie zdobyli razem tyle samo punktów co cała ekipa Pacers (22), trafiając przy tym na 87% z gry (7/8). Pierwszy skończył mecz z game-high 26 oczkami i 7 asystami, drugi dodał od siebie efektywne 23 punkty z szesnastu rzutów. Zdrowy i wypoczęty Wade robi różnicę, której Heat o mały włos nie zabrakło w tej serii rok temu. Jego cyferki mówią same za siebie:

2013 ECF: 15 pkt, 5.1 zb., 4.3 as., 43% z gry

2014 ECF: 25 pkt, 4.3 zb., 3.3 as., 62% z gry

W czwartej kwarcie z Wielkiej Dwójki po raz kolejny zrobiła się Wielka Trójka. Krystyna pozostała Krystyną, jednak w jej rolę wszedł Ray Allen, który poczuł w sobie ducha Jesusa Shuttleswortha. W 11 minut Allen trafił cztery trójki i wykorzystywał fakt, że za jego krycie po raz kolejny odpowiadał niższy o głowę i cięższy o trzy głowy David West. Wysoki skrzydłowy Pacers nie nadążał za skaczącym po zasłonach superstrzelcem z Miami i mógł tylko patrzeć jak kolejne trójki znajdują drogę do kosza. Frank Vogel po raz kolejny nie odpowiedział na small-ball Heat i tym razem się to na nim zemściło. West nie powinien kryć Allena i prawdopodobnie, w kolejnych meczach trener Pacers przesunie go na kogoś, kto dysponuje zdecydowanie gorszym rzutem z dystansu (Dwyane Wade?).

W barwach gości zawiedli także Paul George (5/13 z gry, 1/6 za trzy) i Lance Stephenson (3/9 z gry, 0/4 za trzy), a ważnym czynnikiem po raz kolejny okazało się zmęczenie. Im dalej w las, tym Pacers coraz bardziej słaniają się na nogach i wyglądają jak drużyna, która nie ma już sił, aby biegać za szybkimi ?arami z Florydy. ?awka Franka Vogela zagrała co prawda całkiem przyzwoicie, trio Scola-Butler-Watson zdobyło łącznie 20 punktów, jednak na Heat to zdecydowanie za mało. Pacers muszą szybko znaleźć receptę na swoje problemy, gdyż porażka w meczu numer cztery, może oznaczać dla nich koniec marzeń o awansie do Finału NBA. Problem polega na tym, że LeBron James i spółka nie przegrali jeszcze w tych play-offach meczu w American Airlines Arena. Mam dziwne przeczucie, że w tej serii się to już nie zmieni…

 

Kopiuj link do schowka