Game 1: Warriors wygrywają w dramatycznych okolicznościach, J.R obudź się!

01/06/2018
Kevin Durant fot. AP

Już czwarty raz z rzędu Golden State Warriors i Cleveland Cavaliers spotykają się w wielkim Finale NBA. To pierwszy taki przypadek w historii ligi. Jak do tej pory Wojownicy wygrywają w tej rywalizacji 2-1, a niemal wszyscy twierdzą, że najpóźniej za pięć spotkań powiększą oni swój dobytek o kolejny puchar Larry’ego O’Briena. W ostatnich 16 latach nie było większego pewniaka do zdobycia tytułu. To jest jednak sport i naprawdę wiele rzeczy może się wydarzyć.

Biorąc pod uwagę statystyki, ten mecz jest przesądzony od samego początku. Warriors za każdym razem mają przewagę własnego parkietu i przez cztery lata finałowych zmagań tylko raz przegrali jedno z dwóch pierwszych spotkań, a było to Game 2 w 2015 roku, kiedy można było jeszcze o nich powiedzieć, że są młodą, utalentowaną drużyną, lecz bez doświadczenia, zwłaszcza w tej fazie rozgrywek.

Sponsor serwisu

Dla osób zainteresowanych również aspektem pozasportowym dodam, że nie wszystkie bilety na mecz nr 1 zostały wyprzedane i jeszcze można było kupić kilkaset z nich na 15 minut przed rozpoczęciem spotkania. Dość dziwne, jeśli przypomnimy sobie do jak oddanych zaliczają się kibice z Oakland i okolic.

Pod względem ofensywnym obie drużyny bardzo dobrze weszły w mecz, raz za razem trafiając do kosza z różnych pozycji. Prym wiedli Steph Curry i LeBron James, zdobywając ponad 10 oczek w pierwszych 12 minutach. Warto też wspomnieć o bardzo dobrej grze Kevina Love (21 punktów, 13 zbiórek w całym meczu), wracającego W połowie kwarty J.R Smith poślizgnął się przy próbie przejęcia piłki i swoim ciałem skosił Klaya Thompsona, który po tym zderzeniu musiał udać się do szatni. Jak się później okazało, nic poważnego mu się na szczęście nie stało i mógł kontynuować grę. Pierwsza ćwiartka kończy się, być może dość zaskakująco, jednopunktowym prowadzeniem gości.

Gdy weszli rezerwowi tempo się nieco uspokoiło, ale tylko nieco. Bardzo dobrą zmianę drużynie z Ohio dał Larry Nance Jr., zdobywając bardzo szybko 8 punktów i 7 zbiórek, z czego aż 3 na atakowanej tablicy. Jego energia może okazać się bardzo potrzebna. Na samo zakończenie pierwszej połowy, równo z syreną, Stephen Curry trafił trójkę niemalże z połowy boiska co doprowadziło do remisu po 56. Dwukrotny MVP zdobył 18 punktów (w tym 3 trójki) i rozdał 6 asyst. Jego wysoka wydajność na boisku przydała się, gdyż Kevin Durant dość długo miał problemy z odnalezieniem swojego rzutu.

Po zmianie stron ruszyła maszyna pod nazwą „trzecie kwarta Warriors”. Dzięki zaangażowaniu na bronionej połowie stworzyli sobie wiele możliwości do kontrataków, które wykorzystywali z zabójczą precyzją. Świetną grę kontynuował Curry, który być może ma ochotę w końcu zgarnąć statuetkę MVP Finałów. W międzyczasie JaVale McGee zaliczył akcję, która z pewnością pojawi się w najbliższym wydaniu Shaqtin’ A Fool. Ale w końcu za to go kochamy, co nie? Gospodarze wyszli szybko na 7-punktowe prowadzenie i już myślałem, że podtrzymają to tempo a mecz zamieni się w typowy blow-out, ale dzięki kilku trójkom od LeBrona wynik znowu był na styku. Jednak w ostatnich trzech minutach Warriors znowu przycisnęli i, tym razem dzięki Kevinowi Durantowi, przeprowadzili kolejny run, który pozwolił im się cieszyć 6 oczkami prowadzenia na rozpoczęcie decydującej kwarty.

Ostatnia odsłona tego meczu była kwintesencją tego czego oczekujemy od Finałów NBA. Wynik stale oscylujący w okolicach remisu, walka, emocje no i w końcu ekscytująca końcówka. Na 36 sekund przed końcem Cavaliers wygrywali 2 punktami. Kevin Durant wchodząc pod kosz wpadł na próbującego wymusić szarżę Jamesa. Początkowo odgwizdano faul ofensywny, jednak po obejrzeniu powtórki sędziowie zmienili swoją decyzję a KD rzutami osobistymi doprowadził do remisu. W kolejnej akcji to LeBron był górą zdobywając punkty wejściem pod kosz. Nie minęło jednak 5 sekund a Curry wystartował do kosza i zaliczył 2+1. Warriors pozostało wybronić ostatnią akcję. Na ich nieszczęście (chociaż z perspektywy czasu można powiedzieć, że to była rewelacyjna decyzja), Klay faulował ścinającego pod kosz George’a Hilla, który stanął na linii osobistych. Tam trafił tylko jeden rzut. Co stało się potem, zobaczcie sami…

Dogrywka to już osobna historia. Warriors całkowicie ją zdominowali, wygrywając 17-7. Cavaliers byli zmiażdżeni zarówno fizycznie jak i psychicznie. Moim zdaniem może to mocno zaważyć na całej serii. To była doskonała okazja, żeby wyrwać ten jeden mecz na wyjeździe. Mecz, w którym Warriors rzucają 36% za trzy a Kevin Durant, pomimo 26 oczek, gra raczej średnio, może już się nie powtórzyć. Na nic się zdało 51 punktów LeBrona Jamesa (reszta drużyny zdobyła 63). Jest jedynym zawodnikiem w historii, który zdobył w meczu finałowym 50+ oczek (6 przypadków) i przegrał. Na koniec byliśmy jeszcze świadkami małej przepychanki po faulu Tristana Thompsona na Shaunie Livingstonie.

Nie mam pojęcia jak Cavs zareagują na tą porażkę. Już lepiej by było chyba dla nich, żeby przegrali 20 punktami. Mecz nr 2 w nocy z niedzieli na poniedziałek.

Cavaliers: L. James – 51 (3×3, 8 zb., 8 as., 5 st.), K. Love – 21 (13 zb.), J. Smith – 10, L. Nance Jr. – 9 (11 zb.), G. Hill – 7, J. Green – 7 (5 as.), J. Clarkson – 4, K. Korver – 3, T. Thompson – 2, J. Calderon – 0, R. Hood – 0, C. Osman – 0, A. Zizic – 0

Warriors: S. Curry – 29 (5×3, 9 as.), K. Durant – 26 (9 zb., 6 as., 3 bl.), K. Thompson – 24 (5×3), D. Green – 13 (11 zb., 9 as., 5 prz.), S. Livingston – 10, K. Looney – 8, J. Bell – 4, J. McGee – 4, D. West – 2, P. McCaw – 2, N. Young – 2, Q. Cook – 0

Kopiuj link do schowka