Finały NBA 2002 – Lakers w cieniu skandalu

07/04/2018
Vlade Divac, Kobe Bryant

Dla każdego z trzydziestu zespołów w lidze NBA, cel jest tylko jeden – dostać się do finałów i zdobyć mistrzostwo ligi. Niektóre z nich nie miały jednak możliwości pokonać wszystkich przeciwności, które napotkali na drodze do tytułu. Można do nich zaliczyć na przykład Indianę Pacers, ale najbardziej żałować niewykorzystanej okazji mogą z całą pewnością „Królowie” z Kalifornii – Sacramento Kings.

To właśnie zespół prowadzony przez Ricka Adelmana był na najlepszej drodze do mistrzostwa NBA w sezonie 2001-02. Ekipa złożona z Chrisa Webbera, Predraga Stojakovica, Vlade Divaca, czy Mike’a Bibby’ego, osiągnęła najlepszy rezultat w sezonie zasadniczym wygrywając 61 z 82 spotkań, co do dziś pozostaje niepobitym rekordem klubu. Kings zyskali wielu fanów dzięki nieegoistycznemu stylowi gry i świetnemu zgraniu całej drużyny. To umożliwiło im dostanie się bez większych problemów do finałów konferencji, gdzie musieli zmierzyć się z obrońcami tytułu mistrzowskiego – Los Angeles Lakers. Jest to prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjna seria playoffs w historii ligi. Nawet lider „Jeziorowców” Shaquille O’Neal przyznał, iż to zespół z Los Angeles był faworyzowany przez sędziów. O ile do meczu numer pięć rywalizacja nie wzbudzała większych kontrowersji, o tyle spotkanie numer sześć, które mogło dać Kings awans do finałów NBA pozostaje do dziś niezwykle tajemnicze i podejrzane. Owszem, różnica w ilości przewinień to 31-24, czyli siedem więcej po stronie Sacramento. Trzeba jednak pamiętać, iż Lakers oddali 27 rzutów osobistych w czwartej kwarcie. Nie jest to pomyłka, dwadzieścia siedem rzutów osobistych w 12 minut gry! Obaj środkowi Kings (Vlade Divac i Scot Pollard) musieli zejść z boiska zbierając razem 12 fauli. O bezradności Ricka Adelmana i jego zawodników niech świadczy komentarz Billa Waltona po odgwizdaniu przez sędziów ofensywnego przewinienia na Webberze, które w rzeczywistości było faulem Roberta Horry’ego.

„And that is a terrible call.”

Sponsor serwisu

W ostatnich sekundach meczu Kobe Bryant uderzył łokciem w twarz Mike’a Bibby’ego, co nie zostało nawet zauważone przez sędziów, a działo się w bardzo widocznym miejscu na parkiecie. Jakby tego było mało, Kings przegrali spotkanie 102-106, dając Lakers szansę na wejście do finałów NBA po raz trzeci z rzędu. O’Neal i spółka jej nie zmarnowali, odnosząc zwycięstwo po dogrywce 112-106. Problemy zdrowotne w późniejszych latach uniemożliwiły graczom Kings ponowną walkę o mistrzostwo NBA aż do dzisiaj. Szkoda, że największą szansę stracili w takich okolicznościach.
Zdecydowanie ciekawsza w sensie sportowej walki sytuacja działa się w Konferencji Wschodniej. Najlepsze rezultaty w sezonie zasadniczym uzyskali kolejno New Jersey Nets i Detroit Pistons. Ku zaskoczeniu wielu ekspertów „Tłoki” nie zdołały awansować nawet do finałów konferencji, ponosząc dotkliwą porażkę 1-4 z Boston Celtics. Celtics, którym przewodzili Paul Pierce i Antoine Walker. Zwyciężyło jednak doświadczenie – Nets pokonali Celtów w sześciu meczach i po raz pierwszy w historii klubu awansowali do finałów NBA.

Sama seria finałowa pomiędzy Lakers i Nets nie przyniosła większych emocji. Zdecydowanie większe znaczenie miała droga obydwu drużyn do finałów NBA 2002. Lakers bez większych problemów pokonali zawodników Byrona Scotta (trzykrotnego mistrza ligi z LA Lakers) 4-0. Shaquille O’Neal przypieczętował three-peat trzecim tytułem MVP Finałów, stając się zaledwie drugim obok Michaela Jordana graczem w historii NBA, który otrzymał tę nagrodę trzy razy pod rząd (MJ dokonał tego dwa razy). Większość ekspertów uważa jednak, iż gdyby nie mecz numer sześć Finałów Konferencji Zachodniej, to Sacramento Kings cieszyliby się z drugiego mistrzostwa w historii klubu (pierwsze zdobyli jako Rochester Royals w 1951 roku).

Kopiuj link do schowka