W czasach, gdy bieganie było modne…
DIGITAL -- 114555 -- 10/04/04 --   Phoenix Suns -- Shawn Marion (31).  Steve Nash (13), and Amare Stoudemire (32)... (Emmanuel Lozano / The Arizona Republic) (10/28/04 Nash & Stoudemire)

W życiu każdego młodego mistrza pióra nadchodzi taki czas, gdy zwyczajnie tematu brak a pomysły skutecznie głowę omijają. Miast tego programy o tasiemcach, ciepłe piwo i fasolka w garnku autora otacza. A poza tym nic. Pustka. Próżnia słowem jednym. No bo co by mogło pobudzić me szare komórki do aktywności? Sparingi przed Rio wygrywane średnio 90 punktami? Założenia specjalistów od bleachera, wskazujących skład Suns na przyszły sezon w bottom 4 ligi (u know, Knight,EB,Dudley,Len i Chandler…)? A może Amare, który podpisał jednodniowy kontrakt z Knicks, by „godnie” się pożegnać z NBA? Ten sam Amare, któremu nie dane było powiedzieć „dobranoc” w barwach Suns z racji braku miejsca w składzie?

Szczerze? Z jednej strony szkoda, że ten herbatnik gaśnicowy, mistrz sushi roll z kanadyjską pałeczką nie kończy u nas. Ostatni z wielkiej trójki wielkich niespełnionych Suns. 2 kroki od mistrzostwa, jeden łokieć Horry’ego od bandy i Shawn, który czuł się niedoceniony. Wspaniałe wspólne lata na pustyni w Arizonie, gdzie kojoty biegają szybko a nielegalni z Meksyku jeszcze szybciej. Tres Bandejos. Chevy Chase, Steve Martin i Martin Short. Yes. Skoro więc zacząłem już dążyć w tym kierunku, drążyć nostalgiczne doły z drugiej strony środkowy palec powoli wstaje w kierunku w którym STAT odleciał kontynuować karierę koszykarską – wspomnę więc o 12 wspaniałych. I ich pełnemu pasji oddaniu drużynie, dzięki czemu pełne 10 sezonów wstecz obgryzałem paznokcie, lizałem łokcie i spijałem łzy rozpaczy. Suns 05/06 to było to. A zaczęło się to tak…

W czasach, gdy po ziemi stąpały dinozaury, Suns postawili na przebudowę. Niezadowoloną gwiazdę imieniem Karol wystrzelono w kierunku Rakiet w zamian za pełnowartościowego rozgrywającego i 3 żarty na skrzydłach. Klub miał grać szybciej, ciekawiej a pomóc mu miały nowe nabytki (heh) oraz pewien młody kanadyjski zwolennik piłki nożnej, 6 ogniwo Backstreet Boys, Stefan Nasz. Wybrany z numerem 15  w 1996 roku, młody gniewny z uśmiechem zawadiaki biegał, skakał, dokazywał i w pełni dojrzewał w słonecznych barwach u boku Johnsona, Chapmana i spółki. Cieszył oko, napędzał ataki acz widać było, że Suns i Nash to „jeszcze nie tu, jeszcze nie teraz”. Mając Kidda i KJ, Steve był 3 kołem u wozu, które musiało się rozwijać. I tak oto po dwóch latach budowania opalenizny na pustyni SN zabrał talenty do Mavs. W zamian za 3 żarty na skrzydłach. Oraz cenny pick w drafcie z 99 roku. Steve w ten sposób  zmienił otoczenie i jednocześnie przyczynił się do przybycia matrycy układu..

Shawnowi swego czasu było już na tej stronie poświęcone dzieło wiekopomne niczym Hey Jude. W skrócie – dostaliśmy skrzydłowego aktywnego w obronie, ekscytującego w ataku i do tego pokornego, bez naleciałości.  Faktem jest, iż po 3 latach od wyboru Nasha do Suns trafił kolejny filar mogący na swych barkach dźwigać większość odpowiedzialności za wyniki. Mentorów miał właściwych (Rex, KJ, Cliff), obsługiwany był również w iście królewskim stylu – wspomniany Johnson, Kidd, Penny i Starbury – z każdym mógł uczyć się nowych wariantów gry; każdy pomagał mu wdrażać się w „dorosłą” koszykówkę.

Kolejne 3 lata, kolejny draft i kolejny element niezbędny do naszej zabawy – tym razem stawiamy na Tolka Banana, gramy środkiem i wybieramy (i tu lista przymiotników odpowiednich dla gracza JEGO pokroju):

– krnąbrnego (częste zmiany szkoły, problemy wychowawcze)

– ekscytującego (porównywany do Kempa, Kenyona i Blake`a Griffina – gdyby ktoś wymyślił maszynę do podróży w czasoprzestrzeni)

– bezmyślnego (gaśnica 1 Amar`e 0)

– wysublimowanego (apostrof, który zawsze mi migruje + przesłanki za zmianą numeru + napompowane ego przy przenosinach do NY)

A poza tym mowa o zgarbionym silnym skrzydłowym o wzroście 205 cm, z ciekawą grą na półdystansie, z dynamitem w nogach, chęcią zabłyśnięcia i ciekawym pseudonimem. STAT. Standin` Tall and Talented.

Przewijamy dwa lata do przodu. Steve wraca na stare śmieci pod trenera preferującego up tempo. Shawn zdążył już wyrosnąć na klasowego obrońcę, finiszera, kombinację siły i sprytu. A A`mare czeka na rozgrywającego klejącego pick and rolle niczym Chinka pierogi w przydrożnym barze. Mamy układankę 3+1, mamy  więc podwaliny do tego, by pisać i peany głosić.

Rok pierwszy, dla naszej opowieści preludium. 04/05. Wszystkie chipsy w paczce całe, bez połamanych elementów i mamy wszystko. Bieganie, rzucanie, skakanie i wygrywanie. 62-20 w sezonie regularnym.  7 regularnych strzelb za 3. Zaprzeczanie logice w postaci obwołania Matrixa mistrzem zbiórek – przeszło 11 zebranych piłek co noc przez zadaniowca w firmie udającego CEO. Granie niskim składem? Proszę bardzo, rozgrywający, silny skrzydłowy i 3 pokurczy. Dla równowagi na ławce mamy przejaw siły? Nah, z ławki wchodzą Jim, Casey i Leo. I okazjonalnie Steven Hunter, wielki czarny człowiek z jeszcze większym sercem do gry, któremu talenty zmarnowano po odejściu z Suns. U nas miał kwartę co noc w wesołych barwach, za co dawał 5/3/1,5 i do tego nie marnował okazji – 61% z gry dla zadaniowca vel potencjalnej opcji na ogony to kosmos.

Anyway, było 62-20, był finał konferencji i były po raz kolejny pamiętne pojedynki ze Spurs (Suns Barkleya i McDyessa pozdrawiają zza grobu). Konsekwencja vs radość z gry. Obrona vs atak. Doświadczenie vs mleko pod nosem.  Wzrost vs wzrostu brak. Przyszła wreszcie seria, która obnażyła dotychczasowy system gry Phoenix. Marion miał pilnować Tima – i to mu nie wyszło. Miał w ataku uciekać Timowi i to też nie wyszło. Wyobraźcie sobie, że Struś Pędziwiatr co odcinek jest łapany przez Kojota i staje się jednością z imadłem/kwasem/katapultą czy czymkolwiek innym przygotowanym przez Wellie E. Coyote. Jeśli pobudziliście wyobraźnię w tym kierunku to wiecie już, jak okrutnie wyglądał pojedynek Matrixa z Duncanem. Do tego trema młodego składu, brak ławki (granie jednym rezerwowym ze Spurs to proszenie się o kłopoty) i finały ligi oglądane w telewizji. Złość, rozgoryczenie oraz podrażniona ambicja. Za rok to my tam będziemy. Jeszcze bardziej głodni, nastawienie bojowo – wiemy, co mamy zrobić i jak dojść do celu.

I tu chwila przerwy na poznanie technik budowy łóżka wodnego na Discovery Science. Chwila oddechu od Rio, które napędzało wcześniejsze akapity tekstu. Skacząc po kanałach trafiam na starego przyjaciela, Bogusia Wołoszańskiego, z którym niejedno tanie wino na Placu Czerwonym wypiliśmy. Dalszy ciąg więc Wołoszańszczyzną:

2005 rok, 1 sierpnia. Gdzieś na północy pustyni Sonora, w opuszczonym nazistowskim bunkrze o którym nawet Hitler nie miał prawa wiedzieć, gentleman z bujnym wąsem w towarzystwie giermków przyglądają się bacznie ściennemu ekranowi. Lata lecą, ale czarno białe 12 cali Unitry śmiga tak, jakby była składana wczoraj. Nawet chomiki w kołowrotkach zdają się nie męczyć w morderczym biegu – wiedzą wszak, iż już niedługo dostaną zieloną kartę dla siebie oraz dla Chomiczach rodzin.

1 sierpnia, godziny popołudniowe. W bunkrze robi się duszno, acz nikt nie zna powodu dlaczego. Dopiero po wnikliwym śledztwie trwającym pół godziny wychodzi na jaw, że zamiast chomików na kołowrotkach biegają Meksykanie ubrani w kosmate kożuchy.  W spoconych głowach rodzą się plany wielkiej drużyny, budowanej z obu stron. Ying i Yang. Wysocy i niscy. Atak i obrona. Finał i wygrana.

2 sierpnia. Dostawca pizzy tłumaczy się, że pomylił adresy. Że mu się bunkry pomerdały i dlatego jest zimna. Poza tym coś mamrotał o żonie szefa… chwilowo Meksykanie z kołowrotkiem i kabelkami od niego biegnącymi łączą się cojones dostawcy. W międzyczasie Jake Voskuhl wysłany jest do Charlotte za worek zboża. Zjedzonego przez myszy. Mike się cieszy.

4 sierpnia. Pizza się skończyła, mięso z dostawcy również. Pomysły krążące po sali można dzielić na absurdalne (striptizerka + kozioł, O`Neal w Suns, Mike ze zgolonymi wąsami) i racjonalne (Pat Burke, Raja Bell, Brian Grant). Wąsatemu królowi nikt nie powiedział, że Raja podpisał kontrakt dzień wcześniej. Podczas castingu na rzucającego obrońcę Raja zauroczył jurorów obroną (lekcje aikido w 4 klasie), ślizgami po parkiecie i umiejętnością wymówienia „Kobe ma dwóch ojców” w 16 językach. To ostatnie na PO jak znalazł.

18 sierpnia. Amare wysyła sms o treści „coś mnie w kolanie jebie”. Może to przez nową gaśnicę w hali, może przez klocek lego, na który wczoraj nadepnąłem. W bunkrze kończy się woda. Pat i Brian podpisali z Phoenix krótkie, nielukratywne kontrakty.

19 sierpnia. Iso Joe wbija do bunkra ze swoją świtą i widzi obraz nędzy i rozpaczy. Striptizerka z 4 sierpnia dawno uciekła, Dan D`Antoni po pijaku oświadcza się kozłowi. O`Neal wysłał w międzyczasie do bohaterów dramatu czarną polewkę, wieniec kwiatów oraz kartkę podpisaną „Nie w tym wcieleniu. Wielki Kaktus”.

19 sierpnia, 2 minuty przed północą. Świta Iso Joe wychodzi na świeże powietrze. Joe kończy negocjować przenosiny do miasta Edyty Górniak w zamian za francuskiego Magica Johnsona, kudłatego centra przyszłości i idiotę, co nazwisko ma po skrzyżowaniu. Fair enough.

I tu wchodzi Bogusław..

„Czy wydarzenie sierpniowe z hitlerowskiego bunkra przyczyniły się do porażki pustynnej drużyny w finałach konferencji? Czy wstrzemięźliwość trenera Mike`a względem dostawcy pizzy uratowałaby skład przed katastrofą związaną klockami lego, kolanem i zmianą imienia? Oraz co ja tu robię na tym odludziu, bez dokumentów, w gronie imigrantów czmychających przed strażą graniczną pod osłoną nocy…”

I tu można kombinować na różne strony. On sam, ich dwunastu. Nadzieja na wynik lepszy niż rok wcześniej. Wzmocnienia niespodziewane i objawienia, których być nie powinno. Ale wszystko sprowadza się do iluzji, wręcz magii. Do zjawiska, gdy wskazany klub/zawodnik zadaje kłam opinii powszechnej i czyni niezwykłe rzeczy w zwykłym otoczeniu. To też miało miejsce w Arizonie.

Każda sztuczka magiczna składa się z 3 elementów: Obietnica, czyli pokazujemy coś powszechnego. Zwrot, czyli to sama sztuczka magiczka, niby wspaniała, ale dające jeszcze miejsce na rozwój. Na finisz. I to jest ten trzeci element. Ten, który udowadnia nam, że byliśmy świadkami czegoś niezwykłego.

Obietnica? Mocny skład, finały ligi, nowa jakość. Mamy ku temu powody, wszak pakiet Nash-Bell-Marion-Diaw-STAT. Do tego z ławki Leo, Kurt, Eddie i JJ. Do tego Brian Grant. To musi wypalić.

Zwrot? Amare doznaje kontuzji, dzięki czemu rozgrywa 3 spotkania podczas całego sezonu. Odpada pierwsza opcja podkoszowa. Do tego Kurt Thomas oraz Briant Grant mają problemy ze zdrowiem i wychodzi na to, że trójka czołowych podkoszowców to niedawny rozgrywający/niski skrzydłowy Diaw, niedawny niski skrzydłowy Marion oraz Pat Burke, który zasadził kilka trojek w swym życiu. Tak wygląda zestaw dla drużyny idącej po finał ligi.

Finisz? Dallas, 2 razy. Raz 3 punktami po 2 dogrywkach. Raz w meczu 6 finałów konferencji zachodniej grając w siedmiu.

Sztuczka magiczna można więc rzec. Ale to nie wszystko. Nasz niezłomny skład to 7 bohaterów podziemia grających długie minuty. 4 graczy doklejonych niczym trzeci pasek na spodniach Seby. Oraz Amare. Z tej grupy, ba – nawet z tej pierwszej grupy 7 wspaniałych 4 gra co noc więcej niż 35 minut. Do tego mamy 2 pojedynki zakończone po 2 dogrywkach i 2 zakończone po 3 dogrywkach. I to wszystko w sezonie regularnym, gdzie najlepsza ofensywa naszych dziejów happens. Gdzie 7 sekund lub mniej happens. Gdzie Twoja stara z Twoim sąsiadem happens.

To było 10 lat temu. 10 lat temu słoneczko to był powód do dumy, a nie ból dupy w przedszkolu. Wyścig po tytuł wszechświata w zajebistości koszykówki, gdzie obrona Pistons ssała, gdzie złotolicy fani Jezioraków migrowali między kontynentami z Postrzygaczami Baranów. W czasach, gdy Spurs wciąż byli nudni a na wschodzie był „niełysy” Bron i „niegłupi” Dwight. To były czasy. Radość, piękne pieśni i #13 na koszulce. Tylko to się liczyło.

A skoro już było ogólnie – przejdźmy do konkretów. 12 bohaterów tej cudownej zabawy oraz bonus.

#32, skrzydłowy sparingpartner sprzętu gaśniczego, Amare Stoudemire. Lokalny konik garbusek nie pograł zbyt wiele w tym sezonie – 3 wyjątkowe spotkania, operacja kolana a później dobrze zapowiadająca się kariera. Mógł być kimś więcej niż tylko maszynką do wykańczania p`n`r, nagłówków gazet oraz bohaterem transferu do Wielkiego Jabłka.

#11, środkowy o aparycji łysego z Brazzers. Pat Burke, Irlandczyk z doświadczoną wątrobą stał się lokalną maskotką przez którą Gorilla musiał iść na dwuletnie L4. Miękka lewa kiść, uśmiech na facjacie oraz swoisty talizman.

#55, silny skrzydłowy grywający na środku, gwiazda Jail Blazers, podpora Miami na przełomie wieków. Jedyny, niepowtarzalny, obdarzony długimi dredami i wielką pogodą ducha nawet wobec przeciwności losu (Parkinson) Brian Grant.

#21. Nie, nie KG. Swego czasu masował po twarzy Kidda za Tyrę Banks. Jim Jackson, niski skrzydłowy bez atletyzmu, z doświadczeniem i bez wielkiej kariery.

#50, running joke. Eddie House. Swego czasu wyrównał rekord punktowy Kareema Abdul-Jabbara. W NBA stricte zadaniowy typ, coś w stylu wielkiego Tony’ego Delka. 3 no d, coś, co udaje rozgrywającego.

Chwila przerwy na gimnastyczki skaczące po macie. Na co komu Anita Włodarczyk skoro jest Vanessa Ferrari..

#22, czyli ”ja i mój dżej dżej to duet że hej hej”. Ilość JJ w składzie musiała się zgadzać. Jumaine Jones zabierał talenty do Charlotte, by po roku do nas przyjść. A tymczasem przydupas Brona zagościł w naszych progach ze spejsingiem, dobrą obstawą rogów i cennymi minutami z ławki.

#2. Nabytek połowy sezonu. Talent niespełniony, rewelacyjne combo, wspaniały skrzydłowy który powinien jeszcze grać i cieszyć oko. Timmey Thomas. U nas celował z każdej pozycji, chwilami nawet ze swymi 102 kg wygrywał środek. Potem  był zajebisty w Clipps zanim komukolwiek przyszło do głowy kibicować tej ekipie. Thornton. Zach. Baron. Ricky. Cuttino. Camby. Gordon. Kaman, Fred Jones i młody DAJ.

#40, nasz fundamental i pierwszy starter. Środkowy bez wzrostu I wyskoku zarazem. Niebywała inteligencja, człowiek-zbiórka. Sylvester Stallone podwórkowej ligi polo. Kurt Thomas.

#10. Pele ławki. Speedy Gonzales wśród żółwi przeciwnych. Run first, ask questions later. Michael Phelps piłki wodnej. Po raz trzeci będzie z nami. Boski Leo Barbarosa.

#19 & ask Kobe. Wredna menda na dwójce, dzwon jakich mało. Silny, zdolny, zaangażowany defensor potrafiący również zrobić konkretny rozpiździel w ofensywie. Do tego parkiety dupą czyścił aż mopowych trzeba było zwalaniać. Raja Bell

#3, fenomen. Wcześniej szarak z końca ławki Hawks, którzy są gówniani z założenia. W odpowiednim układzie, z dobrym trenejro, rozgrywarejro i systemejro było 13/6/7 dla francuza, który obstawiał 3 pozycje na boisku, wszystkie ładne dupy poza boiskiem oraz dobre miejsce w kolejce na Krupówki. Boris Diaw

#13 & FUCK U, that`s nr 2. Kanadyjski kłus poprzez równiny dębowego pastwiska, 7 sekund chwały, b2b MVP (eat that Diesel), punkty + asysty + swag lepszy od Beckhama + fenomenalne filmy. Jeden z najlepszych ofensywnych rozgrywających w historii ligi. Steeeeeve Nash

#31. Matrix. All around tablica, zbiórki i pyrgania klocków wyższych o 10 centymetrów cięższych o 20 kilogramów. Przechwyty, bloki, obrona zajadła niczym samica dzika broniąca młodych. Rozumiem jego późniejsze ambicje kasowe, rozumiem również chęć testowania rynku wolnego agenta. Dla mnie to był kryształ skrzydła, ideał pozycji. Shawn Marion. Był mój, nie Wasz. Eat That.

Koniec tego biadolenia. Szczerze? Suns tamtego okresu prócz Cavs to jedyna drużyna, która z ostatnich 20 lat mogła łoić dupę obecnym Warriors. Sraczka ofensywna na najwyższym biegu, defensywne gnidy zadaniowe i trójki, które ciepali w momencie, gdy to jeszcze nie było trendy. 12 trójek co noc, kolejna akcja ofensywna co pół minuty. Splendor przez duże „S”

Duże „S”. Moje Suns 05-06.