Drogę krzyżową czas zacząć
len

Start sezonu  za nami. Jedni się cieszą (Ci, którzy stawiali na +45 Davisa w bwin), inni są trochę zmarszczeni (Warriors nie tacy nietykalni po nocy otwarcia..). Ja zaś widzę to, co mam na talerzu rozgrywek i zastanawiam się, czym to popić. Bo najprawdopodobniej do końca rozgrywek będę miał przed oczami obraz następujący:

  1. Suns wychodzą naładowani energią, starterzy są świeżo po zastrzykach z adrenaliny, zaś Chandler jeszcze widzi sens gry na 100%. Stawia zasłony, rolluje w pomocy po obu stronach parkietu, robi miejsce kolegom i dzięki niemu Dudley wygląda jak podkoszowy.
  2. Booker i Bledsoe grają kombinacyjnie, Warren nie przeszkadza, tłumy szaleją.
  3. Suns odskakują z wynikiem i bukmacherom kupony się drą w kieszeniach.

Następuje punkt zwrotny – Len wchodzi za Tysona, Knight wchodzi za któregokolwiek z obwodowych.

  1. Koniec przewagi w pomalowanym, niecelne rzuty (środkowy grający na poziomie 35% z gry, „mi amo”
  2. Chaos na obwodzie, hero ball w wykonaniu Knighta oraz Warrena
  3. Przeciwnik nas dojeżdża, przegania a potem my udajemy, że gonimy

Suchy jest ten wpis tak samo jak suche są me powieki po dwóch pierwszych meczach. Stało się to, co miało się stać – dostajemy w dupę od pierwszej lepszej drużyny posiadającej w składzie kogokolwiek gwiazdorskiego. Nie znam jeszcze wyniku z Warriors. Nie wiem, iloma punktami przegraliśmy. Ale mam cichą nadzieję, że Chriss i Ullis dostali większe minuty na parkiecie. Dudleya nie trzeba ogrywać. Lena nie trzeba wypuszczać na parkiet.

Spokój nas uratuje. Nic więcej.