Zniszczeni i niszczący tygodnia #2

Zach Randolph /fot. Flickr

W drugim tygodniu rozgrywek wszystko wracało powoli na swoje miejsce. Niestety, tylko nielicznych to ucieszyło; dla wielu kibiców ten powrót przypominał kaca po ostrej imprezie.

Memphis Grizzlies, czyli wespół w zespół

Podopieczni Lionela Hollinsa właśnie zaliczają najlepszy start rozgrywek w rozpoczętej jeszcze w Vancouver historii klubu. Uczcili to więc w najlepszym możliwym stylu, czyli demolując aktualnych mistrzów NBA, Miami Heat.

W dodatku obrońcy tytułu polegli w Memphis od własnej broni, tzn. zostali zniszczeni rzutami za trzy, które nie są przecież największym atutem Grizllies. Bohaterem tego spotkania był wciąż niespełniony na zawodowych parkietach były mistrz NCAA Wayne Ellington, który sam trafił więcej trójek niż cała drużyna z Miami (7 do 4). Dla niego był to mecz życia, a dla Grizzlies kolejny dowód na to, jak szerokim składem dysponują.

Dość powiedzieć, że w każdym z czterech wygranych przez nich w ubiegłym tygodniu spotkań, najlepszym strzelcem zespołu z Memphis był inny zawodnik. Poza świetną grą w ataku, Grizzlies świetnie bronią, w efekcie czego żaden z ich ubiegłotygodniowych rywali nie zdołał przekroczyć bariery 100 punktów.

Jednak największy powód do optymizmu daje kibicom ze stanu Tennessee wreszcie całkowicie zdrowy Zach Randolph, który jest w tym momencie liderem całej ligi w zbiórkach, a jego współpraca z Młodym Gasolem wygląda dużo lepiej niż rodząca się w bólach wspólna gra Starego Gasola z Dwightem Howardem.


Orlando Magic, czyli lepiej już było

Jeśli po dwóch pierwszych, wygranych przez Magic spotkaniach, kibicom z Orlando wydało się, że jest jednak dla nich jakaś nadzieja, wydarzenia ostatniego tygodnia rozwiały te wątpliwości w sposób wyjątkowo brutalny.

Wygrane z Nuggets i Suns okazały się tylko wypadkami przy pracy, prawdziwy obraz aktualnych możliwości zespołu Magic dała raczej druzgocąca, 39-punktowa, poniesiona na własnym boisku porażka z Nets. Okazję do rewanżu zawodnicy z Florydy mieli już dwa dni później i trzeba przyznać, że jak na swoją aktualną dyspozycję, doskonale ją wykorzystali.

W drugim starciu z Nets udało im się wygrać kwartę drugą, trzecią i czwartą! Niestety, pierwszą przegrali aż osiemnastoma punktami, więc ich heroiczna postawa w dalszej części meczu przełożyła się tylko na skromną, ośmiopunktową porażkę, którą fani zespołu mogli jednak przyjąć z godnością. I w ten sposób, ciesząc się z rzeczy małych, i przymykając oko na deficyt dużych kibice Magic powinni przetrwać ten fatalnie zapowiadający się dla nich sezon.

Tomasz Bielan

Komentarze

komentarzy