Thibodeau znów musi się adaptować

Tom Thibodeau /fot. Flickr

Włączając telewizje zostajecie momentalnie uderzeni przez przykrą rzeczywistość XXI wieku, który miał świat jednoczyć, ale przemycił gdzieś ukradkiem oblicze konfliktów wieku XX. Atak Hamasu, atak Brunona K., atak to wszystko, co może nam ostatnio zaoferować społeczeństwo te ucywilizowane i te mniej humanitarne. Dlatego postanowiłem zająć się problemem znacznie bardziej złożonym w świetle tego, co ważne dla nas – fanów NBA, gdzie defensywa wygrywa mecze, a atak sprzedaje bilety.

Najlepszym materiałem do diagnostyki są Chicago Bulls, których obrona od czasów zatrudnienia Toma Thibodeau była jednym z najlepiej zorganizowanych tworów całej ligi. Thibs jako koordynator Doca Riversa w Boston Celtics – był w środowisku NBA bardzo szanowanym specjalistą, McGyverem defensywy – z kilku pozornie bezużytecznych elementów potrafił swoim ogromnym doświadczeniem nadać obronie strukturę kompletnie niwelującą przewagę rywala. Nie mówię tego, bo chcę wyolbrzymić jego pracę, lecz pomóc docenić niektórym misterność sztuki, jakiej jest mecenasem.

W sezonie 2011/2012 Bulls pozwalali rzucać rywalom 88,2 punktu, będąc zdecydowanie najlepszym zespołem w lidze, którego szansę na finał NBA legły w gruzach wraz z kontuzją Derricka Rose’a. Sezon wcześniej lepsi byli tylko… Boston Celtics, bowiem Rivers starał się wykorzystać spuściznę po Thibodeau. Gra się jednak dynamicznie zmienia, ewoluuje i schematy defensywne nigdy nie będą w 100% takie same. Thibs pracując już w Chicago jako pierwszy trener stanął na wysokości zadania i wprowadzając do zespołu nową kulturę gry – sprawił także, że jakość obrony Byków zmuszała rywali do jeszcze dokładniejszego wertowania taśm, aby znaleźć miejsce na organizowanie swojego ataku. Wielu się to udało, lecz głównie za sprawą geniuszu jednostek.


Choć tylko nieliczni zwrócili na to uwagę – defensywa Chicago Bulls była statystycznie lepsza, gdy Derrick Rose siedział na ławce. To wynika z faktu ofensywnych możliwości jedynki Byków i koniecznemu rozwojowi w obronie, wymagającemu nabycia pewnej rutyny. Abstrahując od samej kwestii przeróżnych kontuzji, które towarzyszyły Derrickowi w przekroju całego poprzedniego sezonu – na taki stan rzeczy wpływał również fakt, że bardzo często w jednym line-up’ie grali Luol Deng, Taj Gibson i Omer Asik/Joakim Noah, a gdy trzeba było to wchodził kolejny uznany defensor NBA – Ronnie Brewer. Wymieniona piątka to zawodnicy, którzy w poprzednim systemie Thibodeau byli filarami defensywy.

Jerry’ego Renisdorfa nazwę umiarkowanym skąpcem, bowiem pozwolił Garemu Formanowi przekroczyć tego lata poziom podatku od luksusu, jednak o zatrzymaniu Brewera nie było mowy. Przechwycili go Knicks i jak dotąd spełnia oczekiwania, będąc suplementem dla Tysona Chandlera. Z Bench-Mobu stanowiącego o sile obrony Byków w dwóch poprzednich sezonach – zostali tylko Taj Gibson i Jimmy Butler. Pierwszy podpisał nowy kontrakt w dzień po rozpoczęciu bieżącego sezonu, drugi całe lato przygotowywał się, aby wejść w buty Brewera.

Poniekąd drugoroczniak Butler spełnił swoje zadanie, ponieważ wprowadza dużo energii z ławki i ma PER 18,2, co oddaje jego ogromne zaangażowanie. Poza tym zbiera z atakowanej tablicy średnio 3 piłki (PER 48 minut), a to bardzo przyzwoity wynik, jak na niskiego skrzydłowego, który dopiero zaczął się obijać pod tablicami o bardziej doświadczonych i klasowych graczy NBA. Gibson jak dotąd reprezentuje naturalny dla niego wysoki poziom. Mimo to potwierdza obawy, że nie będzie stanowił tak dużego zagrożenia w obronie, gdy pod koszem nie dostanie wsparcia Omera Asika. Według nba.com z Tajem na parkiecie Byki dają sobie rzucać średnio 99,3 punktu, bez niego 98,2. Dysproporcje powinny być na korzyść silnego skrzydłowego i to w znacznie większej skali.

Dopiero 9 defensywy rating w NBA, 102 punkty tracone przez Bulls na sto posiadań (według basketball-reference). W ostatnich czterech meczach dali sobie rzucić 101 (Celtics), 106 (Suns), 101 (Clippers) i 102 (Blazers) punkty. To daje średnio 102,5 punktu tracone przez graczy Thibodeau w ciągu ostatnich ośmiu dni. Poza tym straty, głównie na wysokości obwodu prowadzące do szybkiego kontrataku. W ataku pozycyjnym z kolei spóźniona obrona pick-and-roll rywali, podwajanie graczy nie stanowiących większego zagrożenia i problemy z zamykaniem pozycji na obwodzie przy zespołach mających dobrych strzelców, np. Clippers.

Kolejny mecz Byki rozegrają z Houston Rockets, którzy mają fantazję wielkiej ofensywy. Jeżeli Bulls zagrają schematy obronne w stylu, do jakiego nas przyzwyczaili, Rakiety nie znajdą drogi do celu.

Komentarze

komentarzy