Podsumowanie 2010-11: Detroit Pistons

Dzisiaj pora na trzykrotnych mistrzów NBA, drużynę Detroit Pistons, która w ostatnich latach jest jednym z największych rozczarowań w całej lidze.

Bilans w sezonie 2010-11: 30-52 (3 wygrane więcej niż rok wcześniej)

 

Trener: John Kuester 57-107 w 2 sezony

Już samo zdjęcie trenera Kuestera pokazuje jak wyglądała jego praca w Pistons. Polegała na częstym łapaniu się za głowę. Jeśli spojrzymy na nazwiska jakie były przez ostatnie 2 lata, to trudno sobie wyobrazić większe marnotrawstwo niż zaledwie 57 wygranych w tym czasie. Co prawda były to dla niego debiutanckie lata na stanowisku pierwszego trenera i jak tylko nadarzyła się okazja, to wrócił na stanowisko asystenta w LA Lakers od najbliższego sezonu, ale czegoś od tego trenera trzeba było wymagać. Tymczasem drużyną zawładnęli zawodnicy i to oni narzucali sposób pracy w Pistons nie pojawiając się na niektórych treningach. Kuester zupełnie sobie z nimi nie radził, inna sprawa że miał naprawdę sporo indywidualności przez duże I w zespole. Każdy gracz o dużym ego potrzebował minut, a przy takim składzie nie każdy mógł je dostać.

Kuestera oceniam bardzo słabo i wątpię, żeby niedługo znalazł pracę jako główny szkoleniowiec w jakiejkolwiek ekipie w NBA. Dla niego wręcz idealna wydaje się być sytuacja, w której odpowiedzialność za wyniki spoczywa na kimś innym, a nie na nim. Dodatkowo popada w konflikt z koszykarzami. Przecież sytuacja i z Rodneyem Stuckey i Richardem Hamiltonem zostanie mu zapamiętana na bardzo długo. O ile jeszcze konflikt z tym pierwszym jestem w stanie zrozumieć, to odstawieniem Ripa na kilkanaście meczów bez podania właściwej przyczyny było dla mnie bezsensowne.

 

Najlepsi gracze:

Punkty: Rodney Stuckey – 15.5, Richard Hamilton – 14.1

Zbiórki: Greg Monroe – 7.5, Ben Wallace – 6.5

Asysty: Rodney Stuckey – 5.2, Tracy McGrady – 3.5

Przechwyty: Greg Monroe – 1.2

Bloki: Ben Wallace – 1.0

 

MVP: Tayshaun Prince

Mimo, że tego nie widać w statystykach, najbardziej wartościowym graczem Pistons pozostaje dla mnie Tayshaun Prince. Z jednego prostego powodu – etyka pracy. Prince co prawda był w ostatnim roku kontraktu, ale rozegrał naprawdę porządny sezon, niewiele odbiegający od poprzednich, ale minimalnie lepszy. Jego usage był najlepszy w karierze (21%), w przeliczeniu na 36 minut rzucał najwięcej punktów (15.4), miał także najniższy w karierze odsetek strat (7.1%). Ale poza tymi liczbami zawsze imponował tym, z czego słynęli mistrzowscy Pistons, czyli walecznością i defensywą. Niejednokrotnie właśnie tymi aspektami gry podrywał drużynę do boju, ale nie spotykał się z odpowiedzią od pozostałych graczy. Jeśli tego lata/jesieni opuści drużynę, to zniknie jeden z ostatnich elementów tych charakternych Tłoków.

 

MIP: Greg Monroe

Zapewne możecie się zdziwić dlaczego wystawiam jako gracza, który zrobił największy postęp debiutanta, w końcu nie można porównać jego dokonań z żadnym innym sezonem w NBA. I macie tu rację, ale jak mówi przysłowie na bezrybiu i rak ryba, to akurat Monroe jest jedynym graczem Pistons, u którego można było w pewnym momencie zanotować pewien przeskok. Zrobiłem szybką analizę w excelu tego w jaki sposób zmieniły się jego statystyki w przeliczeniu na 36 minut od momentu kiedy wskoczył do pierwszej piątki i oto wyniki. W punktach poprawił się z 9.6 na 13.2, w zbiórkach z 9.1 na 10.0, w asystach 1.6 na 1.7, w blokach z 0.7 na 0.8. Jedynie pogorszył się w przechwytach. Idźmy dalej, liczba oddawanych przez niego rzutów na 36 minut wzrosła z 8.3 do 9.1, średnia strat spadła z 1.7 na 1.2. To wszystko pokazuje, jak w jego przypadku zaufanie jakim został obdarzony przez trenera wpłynęło na postęp w jego grze. W kolejnym sezonie liczę na jeszcze więcej.

 

Rozczarowanie: Przepłacani gracze

No i w końcu rozczarowania sezonu w Pistons, których nie brak. Skupię się tu na dwóch zawodnikach o łącznych kontraktach za około 20 milionów dolarów rocznie, którzy po tym jak w swoich poprzednich klubach stanowili o ich sile, w Pistons popadli w całkowitą szarzyznę. Mowa o Benie Gordonie i Charliem Villanuevie.

Zacznijmu od Gordona. Pamiętacie tą serię playoffs z 2009 roku, kiedy to Bulls bili się w 7 meczach z Celtics? To była jedna z najpiękniejszych i najlepszych serii jakie dane było nam oglądać. Gordon był głównym bohaterem tej serii rzucając wtedy przeszło 24 punkty na mecz, przy trafianiu wielkich rzutów w końcówkach meczów. Po tamtym sezonie nie dogadał się jednak z władzami Bulls i połakomił się na 1.4 miliona dolarów rocznie więcej, jakie dostał od Pistons. I oto jak spadła jego efektywność gry.

Gordona traktuje się w lidze przede wszystkim jak strzelca, taką dużą lepszą wersję J.J. Redicka. Z tymże Gordon naprawdę łatwo w porównaniu do gracza Magic samemu wypracowuje sobie sytuację do rzutu. O ile sama skuteczność rzutów w ostatnim sezonie była na dość dobrym poziomie, to martwi bardzo liczba oddawanych rzutów w trakcie gry. W przeliczeniu na 36 minut Ben w ostatnich dwóch latach oddawał najmniej rzutów w całej swojej karierze. Na pewno jest to pokłosie trafienia do drużyny, w której jest większa liczba strzelców, ale przecież mamy do czynienia z jednym z najlepszych w lidze, który sam powinien sobie wywalczyć te rzuty. Przełożyło się to oczywiście na najmniejszą liczbę punktów zdobywanych w karierze.

Drugi gracz, o którym chciałem wspomnieć to Villanueva. Dwa lata temu nagle zaliczył wybuchową drugą połowę sezonu w barwach Bucks i zapewnił sobie jeszcze wyższy kontrakt niż Gordon. Jego warunki fizyczne jednak pozwalają mu na grę co najwyżej na pozycji numer 3, bo wyżej jest po prostu zbyt słaby. I tutaj nie potrafił przebić się na tyle, by grać więcej niż 22 minuty na mecz. Jego średnia zdobywanych punktów spadła do zaledwie 11 na mecz.

Podsumowując, Pistons wydają co rok 20 milionów dolarów na graczy, którzy nie wybiegają w pierwszej piątce i grają jedne z najgorszych sezonów w swoich karierach. To chyba wystarczająca argumentacja.

 

Najważniejszy moment sezonu: Kłótnia w zespole

25 lutego tego roku przed meczem z Philadelphia 76ers pięciu graczy Pistons w ogóle nie pojawiło się na treningu, a dwóch się na niego ewidentnie spóźniło. Tłumaczenia, jakich używali to między innymi ból głowy. Był to zdecydowanie najważniejszy moment sezonu, który pokazał jak bardzo nie po drodze jest zawodnikom i trenerowi. Po tym zdarzeniu wszyscy ci gracze zostali na pewien czas odsunięci od gry, ale z czasem wracali do łask. Trenera natomiast w tej chwili już nie ma w drużynie.

 

Sytuacja kadrowa:

Na obecną chwilę nie wygląda to zbyt różowo. Zawodnicy, którzy są obecnie pod kontraktami zarobią w najbliższym sezonie przeszło 48 milionów dolarów, a przecież jeszcze potrzebne są pieniądze na kontrakt Brandona Knighta, wybranego w tegorocznym drafcie i na pozyskanie zawodników, którzy mogą wzmocnić drużynę. Skończył się kontrakt Prince’a, którego wybrałem na najbardziej wartościowego gracza teamu w ostatnim sezonie i moim zdaniem Pistons powinni o niego powalczyć, tym bardziej, że nowy trener, Lawrence Frank już zapowiedział, że zamierza wrócić do stylu gry Pistons opartego na defensywie, a akurat Tayshaun do tego się idealnie nadaje. Niestety dla Pistons przy tak skonstruowanych umowach graczy będą mocno ograniczeni na rynku transferowym, tak więc największą nadzieję pokładają w nowym trenerze.

 

Widoki na przyszłość:

Nie są one moim zdaniem zbyt kolorowe. Pomimo trzech elementów bardzo obiecujących w osobach Monroe, Knighta i trenera Franka, nadal w drużynie będą gracze, którzy będą chcieli trzymać piłkę (Stuckey), a poprzednie lata już pokazały, że niekoniecznie idą za tym korzyści dla drużyny. Jeśli jednak uda się oprzeć grę o tych młodych zawodników, wyciągnąć więcej z Hamiltona, Gordona i Villanuevy, to wcale Pistons nie będą stali na straconej pozycji. Kluczem jednak będzie trener i jego umiejętność zmuszenia zawodników do pracy.

Komentarze

komentarzy