Pierwsi 100-milionowcy zagładą NBA?

W ramach tęsknoty za rozgrywkami NBA czytam stare Magic Basketballe i znalazłem jeden ciekawy artykuł z numeru wydanego w czerwcu 1998 roku, który jednocześnie pokazuje głupotę niektórych właścicieli i dążenie za wszelką cenę do osiągnięcia sukcesu.

Artykuł nosił tytuł „Pojedynki za 100 milionów dolarów” i opisywał jak w sezonie 1997/98 spisywali się w bezpośrednich pojedynkach pierwsi najbogatsi w NBA, którzy podpisali umowy łącznie na kwoty dziewięciocyfrowe. Znaleźli się wśród nich Kevin Garnett, Shaquille O’Neal, Alonzo Mourning, Shawn Kemp i Juwan Howard.

Umowy podpisane z tymi graczami udowadniają na pewno słuszność niektórych z obecnych postulatów właścicieli. Pierwszy to skrócenie trwania umów. Jako pierwszy ciśnie się na usta bowiem Reignman, który był wtedy u szczytu kariery, miał za sobą pierwszy rok gry poza Seattle i zaskakująco dobrze pokierował drużyną Cleveland Cavaliers w tamtych rozgrywkach. O ile jego zdobycze w kolejnym sezonie na poziomie 20 punktów i 9 zbiórek były bardzo dobre, to jego fizyczna forma była daleka od ideału. Ważył bowiem o 20 kg więcej niż przez całą karierę.

Kolejne lata to dla niego zdecydowana ścieżka w dół, ale kontrakt pozostawał wysoki i za sezon 2003/04, w którym nie zagrał ani razu dostał blisko 15 milionów dolarów z Portland Trail Blazers. Dopiero po tym sezonie jego kontrakt został wykupiony, dzięki czemu ostatecznie oficjalnie na jego koncie zarobków w NBA nie doszło do 100 milionów dolarów. Był to jednak pierwszy z przykładów, dlaczego umowy sześcioletnie i dłuższe bywają bardzo ryzykowne.

Oczywiście dla przeciwstawienia tego typu umów można podać przykład Garnetta, który każdy ze swoich sezonów kończył świetnie, będąc zawsze liderem zespołu i profesjonalistą w każdym calu, jeśli chodzi o podejście do treningów. Inna sprawa, że w momencie podpisywania umowy miał zaledwie 22 lata, a Kemp już 28.

Jednak mimo wszystko mogę zrozumieć decyzję rodziny Gund, która władała w tamtym czasie drużyną z Ohio, bo w końcu Kemp przywrócił na mapę ligową Kawalerzystów, a przy nim bardzo ciekawie zadebiutowało kilku graczy, w tym Zydrunas Ilgauskas.

Do zupełnie niezrozumiałych decyzji zaliczam podpisanie tak wysokiej umowy z Juwanem Howardem. Ponoć decyzja o takiej ofercie kontraktu zapadła już w 1996 roku, kiedy to Juwan zaliczył fantastyczny kwiecień notując średnio 29 punktów, 11 zbiórek i blisko 5 asyst na mecz. Nieźle nie? Ale jak bardzo się pomylili ówcześni właściciele wiemy wszyscy do dzisiaj. Z resztą nie była to jedyna bezsensowna decyzja. Choćby oddanie do Sacramento Kings Chrisa Webbera za mającego za sobą już 10 sezonów Mitcha Richmonda, który w barwach Wizards już raczej odcinał kupony, a nie grał w koszykówkę.

Ostatnie dwa przykłady to Mourning i O’Neal. W przypadku obu tych graczy w 100% rozumiem proponowanie im maksymalnych ofert. W końcu każdy z nich był niekwestionowanym liderem swojej drużyny i ciągnął ją do góry. Tak naprawdę najbardziej opłaciło się Lakersom, bo Shaq zdobył dla nich 3 tytuły mistrzowskie. Potem jeszcze na przedłużeniu tej samej umowy zdobył tytuł dla Miami Heat z Mourningiem u boku.

Zo z kolei miał ogromne problemy zdrowotne, zakończone przeszczepem. Wrócił jednak do gry i właśnie dzięki O’Nealowi ma swój pierścień mistrzowski.

Podsumowując. Pierwszych 5 graczy, którzy podpisali umowy na ponad 100 milionów dolarów w trakcie trwania swojej umowy zdobyli 3 tytuły, wszystkie Shaq. W późniejszych latach dołożone zostały kolejne, ale mimo wszystko tak wysokie umowy doprowadziły do tego, co mamy dzisiaj.

Właściciele klubów chcą twardego salary cap, żeby nie narażać się na takie błędy. Obecnymi przykładami takich graczy są Rashard Lewis, Gilbert Arenas czy Elton Brand. Powiecie pewnie zaraz, że nikt nie kazał podpisywać właścicielom tak kosztownych umów i zgodzę się z wami, ale z drugiej strony sukces ma cenę, a żeby w ligach zawodowych w USA odnosić sukcesy, trzeba mocną sypnąć groszem.

Wiążę się to z dużym ryzykiem, w końcu transfery na całym świecie i w każdym sporcie bywają celne i zupełnie spudłowane. Wielu z was na pewno też interesuje się choćby piłką nożną. Przykładem może być tutaj Real Madryt, który przez lata wydaje wielkie pieniądze, a nie może zdobyć tytułu, mając za sobą wiele pomyłek transferowych. Podobnie Barcelona, przez wielu uważana za wzór. Oni też wielokrotnie przepłacali wielu graczy, sądząc że są więcej warci niż naprawdę byli.

Takich pomyłek nie unikną nigdzie, chyba że po prostu sobie odpuszczą. Nikt nie daje też pewności, że poprzedni sezon w wykonaniu Zacha Randolpha nie był nakierowany na uzyskanie kolejnej świetnej umowy, a po lokaucie wróci do ligi w podobnej formie jak kiedyś Shawn Kemp.

Wszystko pozostanie w kwestii szczęścia i podejmowania odpowiednich decyzji. Czy jestem za wyrównaniem szans dla wszystkich drużyn? Poniekąd tak, bo nie chciałbym podobnej sytuacji jak w piłce nożnej, gdzie co rok znani są faworyci wszystkich rozgrywek jeszcze przed ich startem. Dzięki zrównaniu szans i progowi wynagrodzeń wiele szans mają kluby z końca tabeli, które szybko potrafią się wybić w gorę i zdobyć wielu fanów, jak w ostatnich latach Oklahoma City Thunder.

Ale czy jestem za tak restrykcyjnym rozwiązaniem jak twarde salary cap? Nie umiem na to odpowiedzieć jednoznacznie. Jak będziecie sobie wyrabiać swoje zdanie, to pamiętajcie, że zawsze są dwie strony medalu i jakbyście stali zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie, chcielibyście jak najwięcej zagarnąć dla siebie, bo rzadko kto jest skłonny tylko dawać i dawać pieniądze.

NBA stała się ofiarą własnego sukcesu. Dzięki temu, że stała się tak popularna, że potrafiła stworzyć ikony popkultury, o których się mówi nie tylko w kwestiach sportowych dała możliwość zarabiania im tak dużych pieniędzy. W pewnym momencie jednak wszystko zaszło za daleko. Czy zwycięży głos rozsądku? Liczę na to, bo nie wyobrażam sobie pesymistycznej jesieni i zimy bez NBA jako codziennej porannej pobudki.

A wy?

Komentarze

komentarzy