Niszczący i zniszczeni tygodnia #6

Blake Griffin /fot. Flickr

W tym tygodniu wyróżnione zostają zespoły, które jeszcze niedawno zaliczano do najgorszych w całej NBA. Teraz jeden z nich należy do jej ścisłej czołówki, a drugi wygląda, jakby grał nie w tej lidze, co trzeba.

Los Angeles Clippers, czyli koniec żartów

Droga, którą przebył wiecznie drugi zespół z Los Angeles, jest czymś wyjątkowym w skali całej NBA. Jeszcze dwa lata temu Clippers startowali do rozgrywek jako wieczne pośmiewisko, zespół, który nigdy niczego nie osiągnął, a ze względu na skąpstwo właściciela, Donalda Sterlinga, nie miał też ciekawych perspektyw na przyszłość. Jednak dzięki Blake’owi Griffinowi i w mniejszym stopniu DeAndre Jordanowi, podopieczni Vinny’ego del Negro stali się jedną z najchętniej oglądanych drużyn w lidze, bo ich efektowna, pełna alley-upów gra cieszyła oko nawet niedzielnych kibiców.

Nie przynosiła jednak sukcesów i Clippers odgrywali rolę Harlem Globetrotters NBA. Od ubiegłego sezonu, a konkretnie od momentu pozyskania Chrisa Paula, stali się jednak zespołem na miarę najlepszej ósemki zachodu, a w tym roku nawet walki o mistrzostwo. Ich ubiegłotygodniowi rywale, a więc kolejno Jazz, Mavs i Raptors, dołączyli do wcześniejszych ofiar zespołu z Kalifornii, gdyż aktualna seria zwycięstw Griffina i spółki wynosi już sześć i ustępuje tylko serii Thunder, którzy zostali wyróżnieni tydzień temu.

O sile pierwszej piątki zespołu nie trzeba nikogo przekonywać, jednak Clippers mają też najszerszy skład na zachodzie, a może i w całej lidze; Jamal Crawford jest głównym kandydatem do nagrody najlepszego rezerwowego, a w ostatnich meczach oznaki życia zaczął dawać nawet Lamar Odom. Dodając do tego spodziewany już niedługo powrót Granta Hilla, Vinny del Negro będzie miał do dyspozycji dwunastu zawodników, z których każdy wnosi coś pozytywnego do gry. Wygląda na to, że prowadzeni przez Pana Pringlesa i mający mistrzowskie aspiracje Lakers, nie są już nawet najlepszą drużyną we własnym mieście.


Toronto Raptors, czyli dla każdego (przeciwnika) coś miłego

Szybcy, waleczni, żadni krwi i pewni siebie – żadne z tych określeń nie opisuje zespołu z Kanady w ostatnich dniach. Nie jest to niestety nic nowego, bo Raptors już co najmniej trzeci sezon z rzędu wyglądają jak drużyna z Euroligi, który zmuszona została do rywalizacji z zespołami NBA. Największym z rozlicznych problemów podopiecznych Dwane’a Casey’a jest defensywa, zwłaszcza w strefie podkoszowej.

Gdyby w miejsce Andrei Bargnaniego i Jonasa Valanciunasa do gry w obronie wystawić dwa strachy na wróble, efekt byłby podobnie żałosny.  Także rezerwowych Eda Davisa i Amira Johnsona nikt raczej nie pomyli z Sergem Ibaką czy Reggiem Evansem, a obwodową defensywę Raptors trudno nazwać chińskim murem. Raptors rozdają przeciwnikom zwycięstwa i punkty niczym koszykarska wersja Świętego Mikołaja, dlatego każdy z czterech ubiegłotygodniowych rywali Raptors zdołał rzucić im co najmniej 100 oczek, a Jazz potrafili zdobyć ich aż 131.

Mecz przeciwko zespołowi z Toronto, to także doskonała okazja do przełamania się dla zawodników mających kłopoty z formą. DeMarcus Cousins przed środowym spotkaniem z Raptors zwierzał się, że stracił dawną pewność siebie i nie jest zadowolony ze swojej postawy w tym sezonie. Altruistycznie nastawienie zawodnicy z Kanady pozwolili więc, by center Kings choć na chwilę zapomniał o wszystkich niemal kłopotach – dali mu zdobyć 25 punktów i zebrać trzynaście piłek oraz poprowadzić swój zespół do zwycięstwa. Biorąc pod uwagę zbliżająca się Gwiazdkę, najbliżsi przeciwnicy Raptors przebierają już nogami, by jak najszybciej odebrać swój prezent.

Tomasz Bielan

Komentarze

komentarzy