Niszczący i zniszczeni tygodnia #5

Kevin Durant /fot. Flickr

Dzisiaj wyróżnione zostają dwa zespoły, które przed sezonem uchodziły za głównych faworytów do udziału w finale zachodu. Teraz jeden z nich wciąż za takiego uchodzi, za to drugi jest obecnie największym pośmiewiskiem ligi.

Oklahoma City Thunder, czyli ruszyła maszyna

Cztery mecze, cztery zwycięstwa, w sumie 100 punktów więcej niż rywale – w ostatnim tygodniu podopieczni Scotta Brooksa wreszcie prezentowali się jak na aktualnych wicemistrzów NBA przystało. Uprawniona wydaje się teza, zgodnie z którą zawodnicy i trenerzy Thunder potrzebowali około miesiąca, by dojść do siebie po wymianie Jamesa Hardena na Kevina Martina i teraz, kiedy już się po tym otrząsnęli, znów grają na poziomie z poprzedniego sezonu. Już pierwsi z ubiegłotygodniowych rywali Thunder, zawodnicy Charlotte Bobcats, mogli poczuć się po meczu jak Mariusz Wach po walce z Władimirem Kliczką – niby wciąż stali, ale chyba nie wiedzieli nawet gdzie są i co tam robią. W pewnym momencie przegrywali bowiem z zespołem Kevina Duranta 31-81, ostatecznie polegli 45 punktami i momentami wyglądali, jakby Potworasy z „Kosmicznego Meczu” ukradły im cały talent. Następne wygrane, kolejno z Rockets, Jazz i Hornets, nie były aż tak okazałe, ale żaden z tych zespołów nie był w stanie nawet zbliżyć się do zwycięstwa. Russell Westbrook ma w tej chwili najwyższą średnią asyst w karierze, Durant gra momentami lepiej niż LeBron James, a Kevin Martin znów wygląda jak główny kandydat do nagrody dla najlepszego rezerwowego ligi. Jedynym problemem Thunder pozostaje przepłacony i bezużyteczny Kendrick Perkins, który pozostaje największym transferowym niewypałem Generalnego Menadżera Thunder, Sama Prestiego.


Los Angeles Lakers, czyli kłopoty w raju

Jak zwykle, kandydatów do tej mniej chwalebnej z nagród było dużo i za każdą z nich stały mocne argumenty. Blazers jako pierwsza drużyna w sezonie przegrali z Wizards, Bobcats polegli z Thunder 45 punktami, a Kings i Suns grali tak, jakby w NBA znaleźli się za karę i nie byli w stanie nawet udawać zainteresowania dobrą i ładną dla oka grą. Tyle tylko, ze żaden z tych zespołów nie jest jednym z głównych kandydatów do tytułu, w żadnym z nich nie gra czterech przyszłych lokatorów galerii sław, żaden nie zatrudnił właśnie trenera, który miał być cudotwórcą, wreszcie żaden nie wydaje na płace zawodników najwięcej w lidze. Żaden z nich nie nazywa się bowiem Lakers i nie jest największym rozczarowaniem obecnego sezonu. Trudno oceniać drużynę z Los Angeles dopóki do gry i formy nie wróci Steve Nash, jednak już teraz widać, że „taktyka” przyjęta przez Mike’a D’Antoniego sprawdza się tylko w pojedynczych meczach, nie daje natomiast szans, by każdy z liderów Lakers mógł dać drużynie to, co ma najlepsze. Nawet przeciwko Nuggets, z którymi Lakers wygrali dziewiętnastoma punktami, Pau Gasol, bo o nim głównie mowa, wypadł blado – zdobył sześć punktów, miał osiem zbiórek i momentami wyglądał, jakby w zespole szesnastokrotnych mistrzów NBA grał po raz pierwszy. Także w meczach z Pacers i Magic Hiszpan wyglądał źle i choć część winy za taki stan rzeczy spada pewnie na jego obolałe kolana, nie można nie zauważyć, że obecny, trzeci już w ostatnich dwunastu miesiącach system gry Lakers, Gasolowi po prostu nie pasuje. Dobry trener potrafi wykorzystać do maksimum potencjał każdego zawodnika w zespole, a już z pewnością kogoś, kto do niedawna był najlepszym silnym skrzydłowym w lidze, cztery razy grał w meczach gwiazd, jest mistrzem świata, dwukrotnym mistrzem NBA, dwukrotnym mistrzem Europy i dwukrotnym wicemistrzem olimpijskim. Takim trenerem był Phil Jackson i choć jego współpraca ze starszym z braci Gasol nie zawsze układała się idealnie, Hiszpan grał u niego najlepiej w karierze i był obok Kobego Bryanta najważniejszym zawodnikiem zespołu. Zatrudniony zamiast popularnego Jaxa D’Antoni bredzi coś o tym, że Gasol powinien grać dalej od kosza, że musi pogodzić się z nową rolą i ogólnie brzmi jak niewłaściwy człowiek w niewłaściwym miejscu, co jest o tyle zrozumiałe, że takim właśnie człowiekiem jest. Pod jego wodzą Lakers mają bilans 3-4, w ubiegłym tygodniu 1-2, a we wtorkowym spotkaniu z Pacers, grając w rzekomo ultra-ofensywnym stylu, rzucili 77 puntów W CAŁYM MECZU. Dla D’Antoniego największym powodem do radości powinien być fakt, ze Rychu Peja nie jest kibicem Lakers, bo nietrudno przewidzieć, jaki sposób na pozbycie się nielubianego szkoleniowca poznański raper.

Tomasz Bielan

Komentarze

komentarzy