Niszczący i zniszczeni tygodnia #3

Carmelo Anthony /fot. Flickr

W tych niepewnych czasach czasami lepsze efekty daje krok w paszczę szaleństwa, niż robienie wszystkiego według podręcznika. Na własnej skórze przekonują się o tym kibice z dwóch najważniejszych miast w Stanach Zjednoczonych.

New York Knicks, czyli w tym szaleństwie jest metoda

Gdyby istniał jeden słuszny, skuteczny i bezbłędny sposób na budowanie zwycięskiej drużyny koszykarskiej, jego autor byłby rozchwytywany przez wszystkie kluby, a jego pomysły kopiowane w całej lidze i na całym świecie. Niestety, nie jest to takie proste, a ilu prezesów, tyle pomysłów. Istnieją co prawda drużyny, które wydają się mieć patent przynajmniej na pozostawanie w czołówce (Spurs, Mavericks, Celtics od 2007 roku), trudno jednak ich pomysły na tworzenie zespołu uznać za nowatorskie, sprowadzają się bowiem w istocie do obudowania jednej lub kilku gwiazd bardzo dobrymi graczami zadaniowymi. Tymczasem włodarze New York Knicks poszli przed tym sezonem drogą, przed którą raczej przestrzegałby nasz były prezydent.

Ich plan można bowiem w skrócie przedstawić tak:

1)Pozbyć się obydwu młodych, obiecujących obrońców (Jeremy Lin i Landry Fields), kiedy tylko trzeba będzie im trochę zapłacić,

2)w ich miejsce sprowadzić dwóch starców (Pablo Prigioni i Jason Kidd), z których jeden (Prigioni) jest debiutantem, i jednego grubasa (Raymond Felton),

3)dodać do tego jeszcze kilku starców podkoszowych (Marcus Camby, Kurt Thomas), z których jeden (Rasheed Wallace) dwa lata temu zakończył karierę,

4)powierzyć to całe towarzystwo trenerowi (Mike Woodson), który z poprzedniego swojego zespołu uczynił symbol przeciętniactwa.

I kiedy wydawało się, że kolejny raz nowojorczycy staną się ofiarą szaleńczych działań swoich działaczy, los dorzucił swoje dwa grosze i dopisał kolejne punkty do i tak już obłąkanego planu:

5)Stracić swojego drugiego gwiazdora (Amar’e Stoudamire) na co najmniej dwa miesiące jeszcze zanim zacznie się sezon,

6)w związku z tym przesunąć pierwszego gwiazdora (Carmelo Anthony) na pozycję, na której nigdy nie chciał występować,

7)do pierwszej piątki asygnować zawodnika (Ronnie Brewer), który od kilku lat był typowym rezerwowym.

Sezon się zaczął, a plan, zamiast wybuchnąć jego autorom w twarz, przynosi rewelacyjne rezultaty: Knicks są najlepszą drużyną w konferencji wschodniej i drugą w całej lidze, Carmelo Anthony zaczął starać się w obronie jakby był Andre Iguodalą, a weterani nie tylko są zdrowi, ale grają jakby cofnęli się w czasie o co najmniej pięć lat. Ubiegły tydzień był dla nowojorczyków weryfikacją ich dotychczasowych osiągnięć i zdali ten egzamin co najmniej na 4+. We wtorek męczyli się trochę z Magic, ale ostatecznie pokonali ich przekonująco, w czwartek pobili Spurs na wyjeździe, odrabiając przy tym czternaście punktów straty w czwartej kwarcie, następnego dnia ulegli co prawda najlepszym obecnie w lidze Grizzlies, ale już w niedzielę wygrali z Indianą, mimo że trafili zaledwie siedem z dwudziestu ośmiu rzutów za trzy, a dotychczas to trafienia dystansowe był ich główną bronią. W tym momencie jedynym, co spędza sen z powiek kibicom Knicks, jest spodziewany za około miesiąc powrót Amar’e Stoudamire’a. Przy tak dobrze działającej maszynce, jaką są teraz Knicks, lepiej nie majstrować.


Washington Wizards, czyli takich trzech jak nas dwóch

O ile plan Knicks można uznać za szalony, o tyle Wizards poszli ścieżką utartą i powszechnie stosowaną. Oddali stery drużyny w ręce swojego rozgrywającego Johna Walla, otoczyli go grupą sprawdzonych weteranów (Nene, Emeka Okafor, Trevor Ariza), dla równowagi dodali kilku młodych, jak debiutant Bradley Beal, czy Jordan Crawford i oczekiwali w tym sezonie walki o play-off.

I pewnie Wizards graliby na takim właśnie poziomie, gdyby nie kontuzje Walla i Nene, bez których drużyna ze stolicy USA przegrała wszystkie swoje dotychczasowe mecze, a jej gra jest tak beznadziejna, że nawet popisy Pistons na tym tle wypadają całkiem atrakcyjnie. Ostatni tydzień przyniósł kolejne trzy porażki i tylko w meczu z równie osłabionymi kontuzjami Mavs, podopieczni Randy’ego Wittmana nawiązali jakąkolwiek walkę, przegrywając ostatecznie „jedynie” sześcioma punktami.

Trudno się jednak tej degrengoladzie dziwić, skoro zaledwie dwaj zawodnicy Wizards (Beal i Crawford) zdobywają w tej chwili przynajmniej dziesięć punktów na mecz, a ich startowy center, Okafor, mimo najgorszej w karierze średniej zaledwie siedmiu zbiórek na mecz, jest w tej kategorii liderem zespołu. Wciąż nie wiadomo kiedy do zespołu wrócą jego dwaj liderzy, jednak już teraz widać, że nawet z nimi trudno będzie odrobić straty i Wizards pozostanie chyba tylko walka o to, by nie zostać najgorszą drużyną w całej lidze.

Tomasz Bielan

Komentarze

komentarzy