Michael Jordan od drugiej strony

Kilka dni temu zakończyłem lekturę książki autorstwa Sama Smitha pt: „The Jordan Rules”, która dokumentuje sezon 1990/91 od strony szatni i pokazuje jak to naprawdę było w tamtych Chicago Bulls zdobywających swoje pierwsze mistrzostwo.
Jeśli nie chcecie znać jej szczegółów przed samodzielnym przeczytaniem, to przerwijcie lekturę tego tekstu i nabądźcie książkę, jest dostępna na serwisie Amazon.com. Jeśli jednak ciekawi was co się w niej znajduje już teraz, zapraszam do poniższego tekstu.

Zaznaczę na wstępie, że odkąd zacząłem interesować się koszykówką, Michael Jordan był moim idolem. Był dla mnie postacią mityczną, stał się niemal Bogiem koszykówki. Z czasem jednak zaczęły mnie dochodzić pierwsze informacji o tym, że poza boiskiem Air nie jest taki wspaniały, a wręcz gorszy od obecnie przez wielu krytykowanych i wręcz nienawidzonych Kobe Bryanta czy LeBrona Jamesa. Porównania się nie podejmę, gdyż musiałbym zapoznać się z podobną publikacją o tych graczach, żeby ich zestawić z MJem.

Nieraz słyszeliście pewnie powiedzenie o umierających ideałach. Poniekąd tak było w moim przypadku. Książka ta pozostawia zdecydowanie trwałą rysę na wizerunku najlepszego strzelca w historii koszykówki.

Od zawsze mówiło się o tym, że Jordan był graczem nad wyraz indywidualnie grającym i skoncentrowanym na samym sobie, ale to co przeczytałem w książce Smitha przeszło moje najgorsze obawy.

W swoim siódmym roku gry, kilka miesięcy po tym jak Bulls byli o 1 zwycięstwo od gry w finałach NBA 1990 roku, MJ całkowicie stracił wiarę w swoich kolegów z drużyny. Był przekonany, że są oni za słabi do drużyny o takim kalibrze, jakim byli wtedy Bulls. Z obecnej perspektywy wydaje się to niedorzeczne, gdy wiemy jak świetnie pozostała 11 uzupełniała Michaela i ile spotkań w finałach wspólnie z nim wygrała.

Jordan jednak przez długi czas nie potrafił wykrzesać maksimum z nich, a to według Phila Jacksona miało byc kluczem do sukcesu Byków. Zen Master chciał ustawić go jako rozgrywającego, który dawałby drużynie niesamowite możliwości ofensywne. W końću nie było w tamtym czasie zawodnika w NBA, który potrafiłby obronić akcję MJa 1 na 1. Wszyscy byli mijani w pierwszym kroku, a to powodowało konieczność udzielenia pomocy w obronie. Pod koszem znajdowali się wtedy na wolnych pozycjach Horace Grant, Bill Cartwright czy Scottie Pippen, a na obwodzie tak świetni strzelcy jak John Paxson, B.J. Armstrong czy Craig Hodges.

Chicago jednak bardzo długo nie stosowało tej taktyki. Było to pochodną zapędów indywidualnych Michaela i braku typowego leadership w jego charakterze. Tego przywództwa, z którego był słynny w kolejnych latach swojej kariery. Jego jedyny kontakt z kolegami na boisku ograniczał się do krytykowania ich zagrać oraz żądania dokonania zmiany za poszczególnych graczy gdy siedział na ławce.

Wielokrotnie mówiło się też o etyce pracy Jordana na treningach. Smith podaje przykłady, że MJ bez podawania przyczyny w każdej chwili mógł się zwolnić z treningu, a to nie budowało dobrej atmosfery w drużynie. Inni gracze przy każdej nieobecności musieli osobiście stawiać się w klubie, żeby lekarz stwierdził, że naprawdę nie mogą uczestniczyć w zajęciach, a w przypadku największej gwiazdy wystarczał jeden telefon. Powiecie, że to prawa gwiazd w NBA. Jasne, ale w taki sposób nie można zbudować chemii w drużynie, wystarczającej do zdobycia tytułu mistrza.

Jordan wielokrotnie rozpraszał się poza NBA. Jego dwie wielkie pasje – hazard i golf, często łączone w jedno pochłaniały go w każdej wolnej chwili. Nie było praktycznie wolnego od meczu dnia w sezonie, którego Mike nie spędzałby na polu golfowym. Jackson wielokrotnie martwił się kontuzjami, których jego najgroźniejsza broń mogła sie nabawić w trakcie zabawy z małą białą piłeczką.

Pomimo tych wszystkich niesprzyjających okoliczności rozpraszających, Jordan był nie do zatrzymania indywidualnie. To pokazuję skalę jego talentu. Także pomimo tych wszystkich trudności Bulls znaleźli odpowiednią motywację, która ich napędziła do tego, żeby zdobyć tytuł. Wszystko zakręciło się wokół jednej, znienawidzonej przez wszystkich graczy osoby. Ale o tym już w książce. Przeczytajcie, bo naprawdę warto.

Żeby wam jeszcze pokazać na sam koniec jaki miała ona wpływ na samego bohatera tej pozycji, przytoczę informację, że po publikacji Jordan przez ponad pół roku odmawiał jakichkolwiek rozmów ze Smithem. Dopiero po tych 6 miesiącach zgodził się na pierwszy, bardzo lakoniczny i ubogi wywiad. Cóż, prawa największych gwiazd.

 

Tekst pochodzi ze strony slaminside.com.

Komentarze

komentarzy