Kto wygrał życie w czasie wakacji?
Jak wiadomo, życie, podobnie jak mecz koszykówki, można jedynie wygrać lub przegrać. W świecie bez remisów jeden fałszywy ruch może kosztować więcej niż obiad Borisa Diaw, za to jedna dobra decyzja może ustawić na całe życie, tak jak Isiah Thomas ustawił swego czasu Jerome’a Jamesa. Okres transferowy obfitował w NBA w zaskakujące ruchy, kto jednak na nich zyskał, a kto stracił?
Wygrali życie:
1. Los Angeles Lakers
Gdyby Mitch Kupchak rozumiał i lubił polski hip-hop, cytat promujący film „Jestem Bogiem”, mógłby sobie powiesić nad biurkiem, a tytułową piosenkę nucić pełnym głosem na konferencjach prasowych. W trakcie poprzedniego sezonu GM Lakers był krytykowany za oddanie Lamara Odoma i nieskuteczne poszukiwanie rozgrywającego, który chociaż trochę przyspieszyłby wolną jak prace nad ustawą o in vitro grę Lakers. W te wakacje Kupchak udowodnił, że kupienie za półdarmo Pau’a Gasola w 2008 roku nie było jeszcze szczytem jego możliwości; za darmo (tzn. za trade exeption z transferu Odoma) pozyskał w osobie Steve’a Nasha najlepszego rozgrywającego, jakiego drużyna z Los Angeles widziała od czasów Magica Johnsona. Nawet gdyby poprzestał na tym, lato zaliczyłby do wybitnie udanych, jednak transfer Dwighta Howarda już teraz zapewnił mu nagrodę dla menedżera roku, a Lakers nadzieję na życie nawet po zakończeniu kariery przez Kobego Bryanta.
2. Minnesota Timbervolwes
O ile Kupchak mógł czuć się niedoceniany, o tyle menedżer Wolves, David Kahn od początku swojej pracy wypadał w oczach kibiców równie dobrze, jak bezrobotny w oczach Mitta Romneya. Zaczęło się to zmieniać już w poprzednim sezonie, jednak dopiero ruchy wykonane przez Kahna przed obecnymi rozgrywkami na dobre zdjęły z niego odium nieudacznika. Pozbył się psującego atmosferę w drużynie Michaela Beasleya, pozyskał za to solidnych graczy na pozycje, z którymi Wolves mieli największe problemy, czyli rzucającego i niskiego skrzydłowego. Jeśli kolana Brandona Roya wytrzymają, a Andriej Kirilenko zamiast płakać będzie grać jak za najlepszych lat u Jerry’ego Sloana, Khan będzie mógł się poczuć prawie jak Pat Riley. Zbudował wokół Kevina Love’a drużynę już teraz bardzo mocną, a do tego perspektywiczną (poza Kirilenko żaden z istotnych graczy nie ma 30 lat).
3. Brooklyn Nets
O ile przejęcie jednego z najgorszych kontraktów w lidze nie jest powodem do specjalnej dumy, o tyle zbudowanie mocnej ławki za około 10 mln. dolarów rocznie już tak, zwłaszcza w czasach, gdy jeden rezerwowy potrafi zarabiać niemal równie wiele. Wbrew temu co mówi Joe Johnson, Nets nie są jeszcze drużyną mistrzowskiego kalibru, jednak ich sytuacja zmieniła się zdecydowanie na lepsze, a Jay-Z nie musi już , że nawet przy bilansie 0-82, wciąż były zadowolony ze swojej drużyny.
Przegrali życie:
1. Orlando Magic
Jeśli komuś wydawało się, że Cleveland Cavaliers byli w katastrofalnej sytuacji po odejściu od nich LeBrona Jamesa, to do opisania obecnego położenia Magic zabraknie mu już przymiotników. Biorąc udział w obejmującej cztery drużyny wymianie, to nowy menedżer Orlando, Rob Hennigan miał największy atut w ręku, uzyskał jednak za niego najmniej ze wszystkich uczestników transakcji. W efekcie najlepszego centra w lidze Magic wymienili na starego i przepłaconego Ala Harringtona, oraz nieco młodszego i przepłaconego Arrona Afflalo, nie pozbywając się przy tym nawet jednego złego kontraktu (bo Chris Duhon zarabia za mało, żeby sprzedanie go uznać za sukces).
2. Houston Rockets
Drużyna, która w ostatnim sezonie walczyła niemal do końca o awans do Play-offs NA ZACHODZIE padła ofiarą sabotażu ze strony własnego menedżera została przebudowana tak, że w obecnym składzie nie miałaby czego szukać nawet na wschodzie. I nawet jeśli zastąpienie Kyle’a Lowry’ego Jeremym Linem da się uzasadnić, to już pozbycie się Luisa Scoli w żałosnej próbie pozyskania Dwighta Howarda, powinno być gwoździem do trumny traktowanego dotychczas jak półbóg GM Rockets, Daryla Moreya. Jedyny plus tych „roszad w składzie”, to wyczyszczenie salary cap, dzięki czemu teoretycznie do Houston mogą za rok trafić sensowni wolni agenci. Tyle, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie chciał tam trafić.
3.New York Knicks
Jeśli celem Knicks było stworzenie funduszu dobrze płatnych emerytur dla byłych gwiazd NBA, to cel ten został osiągnięty z nawiązką. O ile pozyskanie 39-letniego Jasona Kidda da się jeszcze jakoś uzasadnić, o tyle dołączenie do niego czterdziestolatka Kurta Thomasa, trzydziestopięcioletniego Pablo Prigioniego, i trzydziestoośmioletniego Marcusa Camby’ego miałoby sens najpóźniej w 2008 roku.W dodatku Knicks kupili też grubasa Raymonda Feltona, a do tego, żeby cała ta wesoła gromadka czuła się raźnie, podpisano też kontrakt z łączącym obydwie te cechy, czyli zarówno grubym jak i starym (38 lat) Rasheedem Wallacem. Jakby tego było mało, Camby, Felton i Kidd podpisali kontrakty na kilka lat, dlatego np. ten pierwszy przestanie dostawać pensję od Knicks dopiero w wieku 41 lat. Jeszcze niedawno wydawało się, że to Boston Celtics budują drużynę bazując na składach z meczów gwiazd 2000-2005, jednak Knicks udowadniają, że także w tej dziedzinie bardzo zależy im na pokonaniu odwiecznych rywali.
Tomasz Bielan











