Klucze i języczki Konferencji Zachodniej

Czy Thunder powtórzą ubiegłoroczny wynik? /fot. Flickr

Kto zawiedzie, a kto wzbije się na wyżyny? Wyciągamy języczki u wagi i znajdujemy słowa klucze dla drużyn z zachodu NBA.

Śledź ZkrainyNBA na Twitterze

Powstanie Dream Teamu w Lakers, wielkie zmiany w Dallas, wzmocnienia w Minneapolis, koniec epoki w Phoenix i rozpad Rockets to najistotniejsze wydarzenia wakacji na zachodzie. Jaki wpływ rzeczone wydarzenia będą miały na układ sił w mocniejszej z konferencji? Czy Spurs wciąż będą się liczyć? Czy Hornets powrócą do play-off już w rok po odejściu od nich Chrisa Paula? Czy Marcin Gortat i jego Suns odnajdą się w nowej rzeczywistości? Ten sezon w konferencji zachodniej zapowiada się wyjątkowo ciekawie.

Kendrick Perkins /fot. Flickr

1. Oklahoma City Thunder

Finaliści sprzed roku nie dokonali w przerwie między sezonami istotnych zmian i bardzo dobrze; są drużyną niemal kompletną, a czas powinien działać tylko na ich korzyść. W walce o pierwsze miejsce w sezonie regularnym mają nad Lakers tę przewagę, że są wciąż bardzo młodzi i poza Kendrickiem Perkinsem żaden z ich istotnych zawodników nie miał nigdy problemów z poważnymi kontuzjami.

Słowo-klucz: Kroczek

Thunder byli w finale dużo bliżej zwycięstwa niż może na to wskazywać wynik 1-4. Tak jak szybko zapomniano o serii 10-0, jaką ostatnie Play-offy rozpoczęli Spurs, tak nie pamięta się o tym, że Thunder zabrakło jednego sędziowskiego gwizdka przy rzucie Kevina Duranta w ostatniej akcji drugiego meczu finałowego, by w Miami zameldowali się prowadząc 2-0 i w dużo lepszej formie psychicznej. Było, minęło, ale pokazuje to, że zawodnicy z Oklahomy byli i powinni znowu być tylko o krok, czy nawet mały kroczek, od bycia najlepszą drużyną w całej lidze. I ten kroczek muszą w tym sezonie wykonać, by na tym szczycie się znaleźć.

Języczek u wagi: Kendrick Perkins

Kiedy Thunder wymienili Jeffa Greena na posępnego centra z mistrzowskiego składu Celtics, ich kibicom wydawało się, że wygrali życie. Perkins przychodził do Oklahomy z opinią jednego z najlepszych podkoszowych defensorów w lidze i wielu komentatorów uznało, że będzie on ostatnim elementem mistrzowskiej układanki Thunder. Tymczasem Kendrick w nowej drużynie głownie walczył z kontuzjami, a jego nowy kontrakt może stanąć na przeszkodzie, by przedłużyć umowę z Jamesem Hardenem. W tym sezonie od Perkinsa może dużo zależeć, bo to on będzie musiał w głównej mierze przeciwstawiać się podkoszowemu duetowi z Lakers.

Mike Brown /fot. Flickr

2.Los Angeles Lakers

Lakers zasługują na osobną analizę, bo takiego zestawu gwiazd, które w dodatku powinny do siebie pasować, nie było w NBA być może nigdy. Gdyby nie podeszły wiek Kobego Bryanta i Steve’a Nasha, oraz ogólna niechęć, z jaką drużna z Los Angeles od kilku lat podchodzi do sezonu zasadniczego, to oni powinni zając pierwsze miejsce przed Play-offami. Jednak nawet z drugiego Lakers będą głównym faworytem do mistrzostwa, o ile nie przyplączą im się żadne poważniejsze kontuzje. Poprzedni, zakończony dla Dwighta Howarda operacją kręgosłupa sezon sprawił, że zapomniano nieco o tym, jaką bestią jest nowy center drużyny z Miasta Aniołów. Połączenie takiego zwierzaka z finezyjnym, ale też przecież potężnym Pau Gasolem, powinno stworzyć duet niewidziany na parkietach NBA od czasów najlepszych lat pary David Robinson-Tim Duncan. Zawodnicy tej klasy znajdą sposób na ułożenie współpracy, nawet jeśli nie mogą w tej (ani wielu innych) kwestii specjalnie liczyć na pomoc trenera. Skoro Howard potrafił dominować korzystając z podań ułomnego Jameera Nelsona, nie potrzeba wiele wyobraźni, by jej oczami zobaczyć do czego będzie zdolny grając ze Stevem Nashem. Porównywanie tej drużyny do zespołu, w którym Kobe grał z Shaqiem, Karlem Malone i Garym Paytonem, nie ma sensu z kilku powodów. Po pierwsze, konflikt ówczesnych liderów osiągnął w tamtym sezonie apogeum. Po drugie, Malone przez cały sezon borykał się z poważną kontuzją kolana, przez co stracił mnóstwo meczów, w tym najważniejsze w finale. Po trzecie wreszcie Payton nie pasował do ówczesnego systemu gry Lakers, w dodatku nie pogodził się z do końca ze zmarginalizowaniem swojej roli, w efekcie czego dołożył swoje do rozsadzających drużynę niesnasek. Warto też dodać, że tamta drużyna nie miała właściwie żadnych wartościowych zawodników poza wielką czwórką, a teraz do dyspozycji Mike Browna są będący w świetnej formie fizycznej Metta World Peace, Antawn Jamison, Jordan Hill, czy Jodie Meeks.

Słowo-klucz: Plecy

Problemy z kręgosłupem Howarda są wszystkim znane, jednak o kłopotach, z jakimi przez całą niemal karierę zmaga się Steve Nash, trochę zapomniano. W karierze dwukrotnego MVP zdarzały się zarówno pojedyncze mecze, jak i całe tygodnie, które tracił z powodu potwornego bólu pleców. O ile sztab medyczno-trenerski, który potrafił w Phoenix stawiać na nogi Granta Hilla, czy Amar’e Stoudemire’a, pomagał Nashowi w powrocie do zdrowia, o tyle w Los Angeles może być z tym gorzej. A bez Nasha Lakers będą tylko trochę lepszą wersją drużyny z poprzedniego roku.

Języczek u wagi: Mike Brown

Trener Lakers w ubiegłym sezonie zraził do siebie kibiców i fachowców nudną i przewidywalną taktyką, nieumiejętnością wykorzystania Pau Gasola i ogólna aurą człowieka, który znalazł się w niewłaściwym miejscu. Brown chce, by w tym sezonie Lakers grali zgodnie z zasadami ofensywy Princeton, która w uproszczeniu  główny nacisk kładzie na ciągły ruch i dużą ilość podań. Biorąc pod uwagę, jak dobrze wyglądało to w drużynie z Sacramento za czasów Ricka Adelmana, można wyobrazić sobie, że przy tak podającym wysokim, jak Gasol i z Nashem jako rozgrywającym, powinno przynieść to dobry efekt. Pytanie tylko, na ile nie cieszący się autorytetem Brown będzie umiał przekonać Kobego Bryanta do takiej altruistycznej gry.

Tony Parker /fot. Flickr

3.San Antonio Spurs

Przy okazji opisywania Spurs, często przytacza się powiedzenie o winie, które staje się lepsze z czasem. Nie jest to precyzyjne określenie, gdyż drużyna  z San Antonio nie jest lepsza niż była np. w 2007 roku, Tim Duncan i Manu Ginobili też nie grają lepiej niż wtedy. To, że Spurs niemal co roku liczą się w walce o tytuł a dwa ostatnie sezony kończyli na pierwszym miejscu w swojej konferencji, jest przede wszystkim zasługą generalnego menedżera R.C. Buforda i trenera Gregga Popovicha. Ten pierwszy potrafi wybrać dobrze dalekim numerem draftu (Ginobili, Tony Parker, DeJuan Blair, Cory Joseph) i dostrzec potencjał w kimś, kto w poprzednim klubie nie robił wielkiej kariery (Gary Neal, Danny Green), do tego pozyskuje niechcianych nigdzie indziej byłych wyróżniających się graczy (Stephen Jackson, Boris Diaw, Eddy Curry). Drugi z tych wszystkich zawodników wydobywa to, co mają najlepszego i tworzy wokół swoich trzech liderów zespół, w którym każdy trybik działa jak należy. Nie inaczej będzie w tym roku, trudno jednak oczekiwać, by Spurs zrobili postęp i osiągnęli więcej niż w ostatnim sezonie.

Słowo-klucz: Przeszłość

Mimo całej sympatii jaką budzą wśród wielu kibiców Spurs, jest to jednak drużyna, która w tym składzie mistrzostwa już raczej nie zdobędzie. Należy jednak pamiętać, że Spurs mają najwyższy współczynnik zwycięstw ze wszystkich drużyn ze wszystkich lig zawodowych w Stanach Zjednoczonych, a pod względem zdobytych tytułów NBA ustępują w ostatnim piętnastoleciu jedynie Lakers. Największe sukcesy już za nimi, jednak ani wspomniani Lakers, ani Thunder, nie będą chcieli trafić na Duncana i spółkę w półfinale konferencji.

Języczek u wagi: Tony Parker

Francuz jest teraz najlepszym zawodnikiem Spurs, a że ma dopiero 30 lat, można wierzyć, że pomoże też drużynie przejść przez transformację, która niechybnie czeka ich po zakończeniu kariery przez Tima Duncana. W tym sezonie, aby San Antonio pozostali w elicie ligi, Parker musi grac tak dobrze jak w poprzednim, kiedy wydawał się nawet jednym z kandydatów do nagrody MVP.

Lamar Odom /fot. Flickr

4.Los Angeles Clippers
Półfinaliści konferencji z ubiegłego sezonu dokonali małej rewolucji w składzie, jednak dotyczyła ona jedynie graczy drugoplanowych. O obliczu zespołu wciąż decydować będą Chris Paul z Blake’iem Griffinem, po kontuzji wróci też Chauncey Billups. Pozyskanie Granta Hilla i Jamala Crawforda to krok w dobrą stronę i potężne wzmocnienie ławki rezerwowych, jednak pozyskanie Lamara Odoma obarczone jest dużym ryzykiem. Z kolei utrata Reggiego Evansa i Kenyona Martina może Clippers dużo kosztować. Stanowili oni spory atut w defensywie i zapewniali po 15-20 minut solidnej gry i odpoczynku dla podkoszowych liderów drużyny, a trudno oczekiwać tego samego od Ryana Hollinsa i Ronny’ego Turiafa. Tak czy inaczej, Clippers mają skład o jakim jeszcze rok temu nie śmieli nawet marzyć i jeśli trener Vinny del Negro znajdzie sposób, by wykorzystać wszystkie atuty, które ma w ręku, wiecznie drugi zespół z Los Angeles może być naprawdę groźny.

Słowo-klucz: Manewry

Blake Griffin jest najefektowniejszym i jednym z najbardziej atletycznych zawodników w NBA, a kiedy skończy karierę, filmy z jego najlepszymi wsadami będą dłuższe niż dredy Joakima Noah. Jednak podobnie jak Dwight Howard kilka lat temu, atletyzm Griffina jest także jego przekleństwem, bo skoro jest on w stanie dominować samą dynamiką i siłą, nie uczył się dotąd wystarczająco pilnie podkoszowych manewrów, rzutów z półdystansu i gry w obronie. Bez tego nie będzie w stanie skutecznie rywalizować w play-off z mniej wyskakanymi, ale lepiej wyszkolonymi skrzydłowymi w stylu Tima Duncana, czy Pau Gasola. Rozwój Griffina będzie głównym czynnikiem, który zadecyduje o tym, czy Clippers będą materiałem na mistrzostwo NBA.

Języczek u wagi: Lamar Odom

Odom taki jak w barwach Mavericks, to psujący atmosferę w zespole, grający na poziomie D-League wrak człowieka. Z kolei Odom w formie z Lakers to być może najlepszy ze współczesnych graczy, którzy nigdy nie zagrali w meczu gwiazd, potrafiący dominować przeciwko zawodnikom z pozycji 3-5 i najlepszy rezerwowy ligi, który ławkę Clippers może wznieść na najwyższy poziom. To, który z nich będzie występował w tym sezonie w stroju Clippers, będzie dla ich wyników równie ważne, co rozwój Blake’a Griffina.

JaVale McGee /fot. Filckr

5.Denver Nuggets

Ewentualny sukces projektu George’a Karla, mógłby zmienić sposób, w jaki zarówno kibice, jak i menedżerowi myślą o budowaniu drużyn. Zespół Nuggets składa się z zawodników, którzy w większości mogą grać na co najmniej dwóch pozycjach, nie ma tu zdecydowanego lidera, a gra ma być bardzo szybka i nastawiona na ogromne ilości zdobywanych punktów. Oczywiście jest w tym trochę przypadku, bo gdyby nie odejście Carmelo Anthony’ego, Denver wciąż graliby w tradycyjny sposób, jednak trenerowi i GM zespołu, Masaiowi Uijri należą się brawa za odwagę i pomysłowość. Zupełnie inną kwestią jest, czy taki styl może przynieść prawdziwe sukcesy. Historia pokazuje, że jedynym zespołem, który w ostatnich kilku dekadach zdobył mistrzostwo nie mając w składzie ani jednej megagwiazdy, byli Detroit Pistons w 2004 roku. Jednak nawet tam grali Ben i Rasheed Wallace’owie, którzy regularnie występowali w meczach gwiazd, jeszcze zanim Pistons zdobyli tytuł. W Nuggets jedynym zawodnikiem z przeszłością All-Star, jest Andre Iguodala, którego jednak nawet najwięksi fani nie umieściliby w ścisłej czołówce zawodników na jego pozycji. Denver będą jedną z ciekawszych drużyn do oglądania, jednak na wielkie sukcesy nie mają raczej co liczyć.

Słowo-klucz: Oczekiwania

Aby w pełni docenić grę Nuggets, należy przymknąć nieco oko na buńczuczne zapowiedzi Ty’a Lawsona. Ten zespół nie będzie walczyć o mistrzostwo, nie przejdzie raczej nawet pierwszej rundy play-off, jednak w pojedynczych meczach może zagrozić każdemu, a ich gra powinna cieszyć oko jak mało której drużyny. W każdym sezonie na tytuł szanse mają tak naprawdę trzy do pięciu drużyn, pozostałe grają o mniejsze cele i dobrze jest, kiedy te cele realizują w ciekawy sposób. Jeśli fani Nuggets i w ogóle fani koszykówki  nie będą oczekiwać od tej drużyny kosmicznych osiągnięć, będą mogli w pełni docenić to, z jak fajną drużyną mają do czynienia.

Języczek u wagi: JaVale McGee

Bohater mnóstwa akcji po przejściu do Nuggets zaprezentował się jako całkiem dobry center, który przy odpowiedniej koncentracji, może być naprawdę kimś. Jeśli McGee wykorzysta swój ogromny potencjał, wraz z Kennethem Fariedem może stworzyć bardzo efektowny i skuteczny duet, dzięki któremu gra Nuggets znajdzie równowagę między obwodem a strefą podkoszową.

Zach Randolph /fot. Flickr

6.Memphis Grizllies

Jeszcze rok temu kibice w Memphis liczyli na to, że ich drużyna stanie się nową siła NBA. Poprzedni sezon, a zwłaszcza poniesiona w dość dramatycznych okolicznościach porażka w pierwszej rundzie z Clippers, sprowadziła ich na ziemie. W tym sezonie oczekiwania powinny być nieco mniejsze. Grizzlies w tym składzie powinni być drużyną na miarę Indiany Pacers zachodu – grać co roku w Play-offach, czasem zagrozić nawet wyżej notowanym rywalom, ale musieliby wspiąć się na sam szczyt swoich możliwości, by walczyć o coś więcej.

Słowo-klucz: Timing

Grizzlies grający na 100 proc. swojego potencjału, maja warunki nawet na pierwszą czwórkę zachodu, zawsze jednak coś staje im na przeszkodzie w realizacji tego celu. Dwa lata temu była to kontuzja Rudy’ego Gaya, w ostatnim z niewyleczonym do końca kolanem występował Zach Randolph. W dodatku pierwszy mecz serii z Clippers podopieczni Lionela Hollinsa przegrali, mimo prowadzenia 24 punktami w czwartej kwarcie, w efekcie czego stracili sporo pewności siebie i ostatecznie polegli w siódmym meczu na własnym parkiecie. Teraz kibicom z Memphis wypada życzyć, by wszyscy byli zdrowi, a drużynie nie zabrakło koncentracji w najważniejszych momentach sezonu.

Języczek u wagi: Zach Randolph

Popularny Z-Bo ma już 31 lat i zostały mu dwa-trzy sezony, by na zawsze zapisać się w historii drużyny z Memphis. Zdrowy Randolph to jeden z najlepszych silnych skrzydłowych ligi i zawodnik, którego Kevin Durant nazywa „bestią”. Tak grający Randolph może znów zagrać w meczu gwiazd, a swoją drużynę zaprowadzić dużo wyżej niż można oczekiwać w tym momencie.

O.J. Mayo /fot. Flickr

7.Dallas Mavericks

Zmiany, zmiany, zmiany – poza Clippers i może Suns, żaden klub nie przeprowadził te wakacje tak gruntownej przebudowy. Z kluczowych zawodników poprzedniego sezonu w Dallas zostali jedynie Dirk Nowitzki i Shawn Marion. Po nieudanym polowaniu na Derona Williamsa i Dwighta Howarda, Mark Cuban zbudował zespół tymczasowy, który jednak powinien być dużo mocniejszy niż się to może wydawać. Mavs są silni pod koszem (Elton Brand, Chris Kaman), na obwodzie (O.J. Mayo, Darren Collison), a trener Rick Carlisle pokazał już, że potrafi połączyć poszczególne elementy w sprawnie działająca machinę. Na mistrzostwo to wszystko nie wystarczy, ale lekceważenie Dallas będzie dla każdego rywala bardzo kosztowne.

Słowo-klucz: Motywacja

Po zdobyciu mistrzostwa w 2011 roku, Dirk Nowitzki trochę sobie odpuścił, do czego zresztą sam się przyznał. W efekcie przez pół poprzedniego sezonu starał się wrócić do formy, co nie do końca mu się udało. Cokolwiek mówić o nowych nabytkach Mavs, to od Dirka, jego zdrowia i tego, czy będzie mu się naprawdę chciało, zależeć będzie pułap, który drużyna z Texasu będzie mogła w tym roku osiągnąć.

Języczek u wagi: O.J. Mayo

O Mayo dużo mówiło się i pisało, jeszcze zanim zagrał pierwszy mecz w NBA. Zapowiadano go jako nowego Kobego i w początkach kariery w Grizzlies wydawało się, że te porównania mogą nie być na wyrost. Niestety, od połowy debiutanckiego sezonu Mayo popadł w przeciętność, z czasem stał się rezerwowym (i to nie w stylu Jamesa Hardena) i teraz ma być może ostatnią szansę, by przypomnieć wszystkim, że zasłużył na bycie trzecim numerem w drafcie i że najlepsze dopiero przed nim. Jeśli mu się to uda, kontrakt na 4 mln dolarów, jakie płacą mu rocznie Mavs okaże się jedną z najlepszych umów w historii tego klubu.

Mo Williams /fot. Flickr

8.Utah Jazz

Drużyna ze Salt Lake City powinna być tą, która najbardziej skorzysta na problemach zdrowotnych w Minnesocie. Jazz są zespołem stosunkowo młodym, można więc spodziewać się po nich pewnych wahań formy, a ubycie jednego z rywali do zajęcia miejsca w pierwszej ósemce powinno zmniejszyć trochę presję ciążącą na drużynie. Niezależnie od postawy innych klubów, Jazz, dzięki najszerszej w całej lidze rotacji graczy podkoszowych, w sezonie regularnym nie powinni bać się nikogo, zbierać doświadczenie i liczyć, że zaprocentuje ono w niedalekiej przyszłości.

Słowo-klucz: Dominacja

Jazz dysponują czterema (Paul Millsap, Al Jefferson, Enes Kanter i Derrick Favors) bardzo solidnymi wysokimi i muszą wykorzystać to do granic możliwości. Poza Lakers i może Grizzlies, żadna drużna na zachodzie nie powinna wygrać z nimi rywalizacji w tej strefie boiska. Jeśli trener Ty Corbin będzie umiał to wykorzystać, a przy tym znajdzie sposób, by każdy z tych zawodników dostawał odpowiednią ilość minut, jego podopieczni powinni dominować pod koszem niemal w każdym meczu.

Języczek u wagi: Mo Williams

Żeby wysocy mogli dominować, ktoś musi ich obsługiwać podaniami i największy ciężar spada tu na pozyskanego z Clippers rozgrywającego. Williams przez cały poprzedni sezon był rezerwowym, można więc oczekiwać, że z entuzjazmem przyjmie powrót do pierwszej piątki.

Brandon Roy /fot. Flickr

9.Minnesota Timberwolves

Kiedy do sezonu przystępuje się bez swoich dwóch największych gwiazd i ze świadomością, że na ich powrót można liczyć po około dwóch miesiącach, trudno oczekiwać cudów. W pełnym składzie Wolves byliby zespołem groźnym dla każdego, który powinien walczyć o piąte, szóste miejsce na zachodzie, ale po dwóch miesiącach gry bez Ricky’ego Rubio i Kevina Love’a, będzie dobrze, jeśli przynajmniej włączą się do wyścigu o ósmą, dającą awans do play-off lokatę.

Słowo-klucz: Przeczekanie

Wolves będą w tym sezonie w podobnej sytuacji, co Chicago Bulls. Tak jak drużyna z wietrznego miasta, mają bardzo mocny skład, jednak ze względu na kontuzje kluczowych zawodników, w tym sezonie niczego wielkiego nie zdziałają. I podobnie jak w Chicago najlepsze, co mogą zrobić, to cierpliwe przeczekanie tego okresu, bo jakiekolwiek nerwowe ruchy mogą im tylko zaszkodzić.

Języczek u wagi: Brandon Roy

Pod nieobecność Kevina Love, to zmartwychwstały były lider Blazers weźmie pewnie na siebie ciężar zdobywania punktów i bycia liderem swojej młodej drużyny. Od stanu jego kolan i tego, jak wiele były uczestnik meczu gwiazd może jeszcze dać z siebie, zależy to, czy po powrocie Love i Rubio, Wolves będą jeszcze mieli o co grać, czy sezon będą musieli w całości spisać na straty.

Jimmer Fredette /fot. Flickr

10.Sacramento Kings

Kings mają jeden z ciekawszych zespołów pośród tych, które postawiły na młodzież i cierpliwie czekają na jej rozwój. Wydaje się, że DeMarcus Cousins, Tyreke Evans, czy Marcus Thornton mają potencjał, by regularnie występować w meczach gwiazd, jednak każdy z nich nie osiągnął jeszcze pełni swoich możliwości i od tego jak szybko im się to uda, zależą ewentualne sukcesy drużyny ze stolicy Kalifornii. Dobrym prognostykiem dla fanów Kings może być fakt, że zatrudniony w trakcie poprzedniego sezonu trener Keith Smart dużo lepiej niż jego poprzednik, Paul Westphal, dogaduje się zwłaszcza z Cousinsem. Na play-off może to być jeszcze w tym roku za mało, ale już niedługo to Sacrmaneto, obok Minnesoty, Oklahomy i Hornets powinni stanowić o sile konferencji zachodniej.

Słowo-klucz: Dojrzałość

Budując drużynę w ten sposób jak robią to w Sacramento, czyli stawiając bardzo odważnie na młodych zawodników, trzeba liczyć się z problemami wychowawczymi. W poprzednim sezonie władze klubu musiały w związku z tym zwolnić trenera, który nie potrafił ułożyć sobie dobrych relacji z największą gwiazda zespołu, Cousinsem. Teraz młodzi trochę już podrośli i przyszła pora, by wszyscy, na czele z wielce utalentowanym centrem, dojrzeli i odpłacili kibicom i władzom klubu za okazaną im w przeszłości cierpliwość.

Języczek u wagi: Jimmer Fredette

Zgodnie z przewidywaniami, dla bijącego uczelniane rekordy strzelca zderzenie z realiami NBA okazało się bolesne. Jimmer nie umiał do końca odnaleźć się ani w systemie, w którym nie był pierwszą, ani nawet drugą opcją w ataku i w lidze, w której na oddanie rzutu ma bardzo mało czasu, a rywale są od niego szybsi i silniejsi. Jednak przykład J.J. Redicka pokazuje, że tego typu gracze potrzebują trochę więcej niż inni czasu, by dobrze poczuć się w nowej rzeczywistości. Jeśli Jimmer już w tym sezonie będzie w stanie przynajmniej w rzutach za trzy nawiązać do swoich legendarnych występów w college’u, kibice Kings mogą w nim i Cousinsie zobaczyć nowe wcielenie duetu Webber-Stojaković.

Michael Beasley /fot. Flickr

11.Phoenix Suns

Kiedy za jakiś czas kibice drużyny z Arizony będą wspominać „dawne dobre czasy”, z pewnością nie będą mieli na myśli tego sezonu. Dobre czasy w ich przypadku to lata 2004-2012, kiedy styl gry Suns zależał w największym stopniu od Steve’a Nasha. Czy grając z Amar’em Stoudamirem, Shawnem Marionem i Joe Johnsonem, czy później z Amar’em, Grantem Hillem i Jaredem Dudleyem, kanadyjski rozgrywający był mózgiem, sercem i motorem napędowym klubu, który trzy razy grał w finale konferencji. Jednak podobnie jak w przypadku Sacramento Kings z lat 2001-2005, szanse na mistrzostwo nie zostały tu wykorzystane, a powrót do gry o najwyższą stawkę może zająć tyle, ile trwała era sukcesów. A przepłacenie Gorana Dragicia wskazuje na to, że decydenci w Phoenix nie byli przygotowani na zapowiadane przez cały poprzedni sezon odejście ich lidera.

Słowo-klucz: Tradycja

Goran Dragić ma się do Steve’a Nasha jak Kwame Brown do Dwighta Howarda, jednak nawet przy swoich licznych ułomnościach, nowy-stary rozgrywający Suns powinien podjąć próbę naśladowania swego wielkiego poprzednika, gdyż największa wartością tej drużyny jest kultywowany jeszcze od czasów Kevina Johnsona szybki styl gry. Tradycja zobowiązuje, a biorąc pod uwagę, że w tym składzie Phoenix o nic wielkiego nie powalczą, powinni przynajmniej zatrzymać przy sobie kibiców, którzy są rozpieszczeni oglądaniem przez długie lata jednej z najefektowniejszych ekip w NBA.

Języczek u wagi: Michael Beasley

W szkole średniej nowy skrzydłowy Suns uważany był za przyszłą gwiazdę NBA, ale już wtedy głośno było o jego problemach wychowawczych. Po przyjściu do NBA udało mu się potwierdzić tylko tę drugą opinię, m.in. takie zdjęcia. Przez chwilę, dwa sezony temu w Timberwolves, wydawało się, że wreszcie znalazł swoje miejsce, jednak już ostatni sezon był dla niego stracony, między innymi przez konflikty z trenerem. W efekcie drużna z Minneapolis bez żalu nie przedłużyła z nimi kontraktu, a Beasley w nowym otoczeniu ma być może ostatnią szanse, by stać się zawodnikiem formatu All-star, co z pewnością ucieszyłoby smutnych trochę fanów Suns.

Anthony Davis /fot. Flickr

12.New Orleans Hornets

Hornets po odejściu Chrisa Paula wydają się iść drogą, którą podążyli Cleveland Cavaliers po utracie LeBrona, tyle że idzie im to o wiele lepiej. Oczywiście, mieli przy tym furę szczęścia (pierwszy numer draftu), a za swoją gwiazdę dostali bardzo dobrego Erica Gordona, jednak w ten czy inny sposób już w drugiem sezonie bez Paula dysponują składem, który mógłby walczyć o udział w play-off, tyle że póki co na wschodzie. Na zachód drużyna z debiutantami Anthonym Davisem, Austinem Riversem, wspomnianym wcześniej Gordonem i słabszym z braci Lopezów to wciąż za mało, ale w Nowym Orleanie będzie na co popatrzeć.

Słowo-klucz: Potencjał

Kiedy z trzech liderów drużyny najstarszy ma 24 lata, przyszłość rysuje się w różowych barwach. Jeśli jednak dwaj z tych liderów są debiutantami, trudno mówić o jakiekolwiek pewności, bo nie raz już okazywało się, że nawet wybierając z pierwszym numerem w drafcie, można trochę popłynąć. Jednak zarówno doświadczenie, jakie Anthony Davis zdobył trenując i grając z zawodnikami reprezentacji USA, jak i wzorce, na których mógł opierać się Austin Rivers, pozwalają wierzyć, że w przypadku Hornets postawienie na młodzież przyniesie dobre skutki.

Języczek u wagi: Anthony Davis

Oczekiwania są duże jak on sam, ale właściciel najsłynniejszych brwi świata koszykówki wydaje się być gotowy, by im sprostać. Biorąc pod uwagę niedobór prawdziwych centrów w NBA, kibice Hornets mogą zapomnieć o Paulu tak szybko, jak ci w Toronto zapomnieli o Vince’ie Carterze, kiedy swój potencjał rozwinął Chris Bosh. Oby tylko skończyło się to nieco lepiej niż w przypadku drużyny z Kanady.

Harrison Barnes /fot. Flickr

13.Golden State Warriors

Nazwa drużyny z Oakland jeszcze niedawno kojarzyła się z grą szybką, ofensywną i beztroską. Taki styl nie przyniósł im jednak szczególnych sukcesów, dlatego władze klubu postanowiły na bardziej tradycyjny model, na co najlepszym przykładem jest wymiana Monty Ellisa za Andrew Boguta. Z australijskim centrem w składzie Warriors grac będą bardziej poukładaną koszykówkę, nie mają jednak na tyle mocnego składu, by przyniosło to rewelacyjne efekty.

Słowo-klucz: Kostka

Dwaj liderzy nowych Warriors, Stephen Curry i Bogut, przez cały poprzedni (a Curry także jeszcze wcześniejszy) sezon zmagali się z poważnymi kontuzjami stawy skokowego. Uraz Boguta był na tyle poważny, że wciąż nie wiadomo, czy Australijczyk będzie mógł zagrać w pierwszym meczu sezonu. Bez niego drużyna pozbawiona będzie jakiejkolwiek siły pod koszem, bo trudno za taką uznać Jeremy’ego Tylera, czy umierającego stojąc Andrisa Biedrinsa.

Języczek u wagi: Harrison Barnes

Na wszechstronnego niskiego skrzydłowego, wybór z zaledwie siódmym numerem w drafcie powinien zadziałać jako dodatkowa motywacja by dobrą grą pokazać drużynom, które go nie wybrały, jak wielki popełniły błąd. Barnes, który był jedną z największych gwiazd NCAA, ma szansę stworzyć ze Stehonem Currym i Klayem Thompsonem młode obwodowe trio, na które z zazdrością spoglądać będą wszyscy poza kibicami Thunder.

LaMarcus Aldridge /fot. Flickr

14.Portland Trail Blazers

Jeszcze przed startem poprzedniego sezonu Blazers wydawali się solidną drużyną, która w sprzyjających okolicznościach może być poważną siłą na zachodzie. Niestety, najpierw „zakończył karierę” Brandon Roy, potem zwolniono trenera McMillana, a na koniec oddano za półdarmo Geralda Wallace’a, Marcusa Camby’ego i kilku innych solidnych zawodników i Blazers nie stoczyli się kompletnie w tabeli  tylko dzięki niezłym wynikom na początku rozgrywek. Po sezonie, władze klubu postanowiły nie włączać się do walki o wolnych agentów i postawić na młodzież w osobach debiutantów Damiana Lillarda, Meyersa Leonarda i Victora Clavera. Wszystko to wydaje się dobrym sposobem na odbudowę zespołu, gdyby nie fakt, ze jego rozwój ma odpowiadać trener Terry Stotts, który świetnie sprawdzał się w roli asystenta, jednak jako główny trener, zarówno w Milwaukee, jak i Atlancie, głównie się kompromitował.

Słowo-klucz: Rozwój

W tym sezonie Blazers powinni skupić się na właściwym wkomponowaniu mnóstwa swoich debiutantów w zespół. Na sukcesy nie ma żadnych szans, więc zamiast walczyć o dwunaste czy trzynaste miejsce w konferencji, lepiej dać szansę młodym, by ci na własnych błędach mogli nauczyć się na czym polega gra w najlepszej lidze świata i liczyć na to, że w bliższej lub dalszej perspektywie przyniesie to pożądany efekt.

Języczek u wagi: LaMarcus Aldridge

W czasie, kiedy młodzież się ogrywa, również młody, ale już doświadczony Aldridge musi udowodnić, że jest w stanie być liderem zespołu. Kontuzje Roya i Grega Odena sprawiły, że planowany wcześniej jako ich uzupełnienie silny skrzydłowy, wyrósł na jedyną gwiazdę zespołu i w nowej roli odnalazł się bardzo dobrze. Teraz, jako najstarszy z istotnych graczy Blazers musi pokazać, że potrafi być liderem zarówno na boisku, jak i poza nim.

Jeremy Lin /fot. Flickr

15.Houston Rockets

Generalny menedżer Houston, Daryl Morey, zachował się jak jak człowiek, który za bezcen oddaje swoje Volkswageny, Ople i nawet Audi, żeby zrobić mieście w garażu dla nowego Rolls-Royce’a, którego jednak ostatecznie nie kupuje, więc w końcu decyduje się  przepłacić za Skodę i Dacię. W efekcie Rockets, którzy jeszcze rok temu byli bardzo ciekawą drużyną, która przy odrobinie szczęścia mogła awansować do play-off, w tym roku będą rywalizować z Magic i Bobcats o to, by nie być najgorszą drużyną w lidze.

Słowo-klucz: Dymisja

Morey, zwany często Billym Beanem koszykówki, nie pierwszy już raz podjął decyzje, które ani w ulubionej przez niego lidze fantasy basketball, ani w prawdziwym życiu nie przynoszą mu chluby. Rockets musieli w ostatnich latach przyjąć sporo ciosów od losu (kontuzja Yao Minga, śmierć Tracy’ego McGrady’ego), ale nawet w tej sytuacji można było znaleźć lepsze rozwiązanie, a GM z Houston tego po prostu nie umiał. Zmiana na tym stanowisku wydaje się pierwszym krokiem ku zmianom na lepsze.

Języczek u wagi: Oczywiście Jeremy Lin

O ile nie należy przykładać dużej wagi do meczów przedsezonowych, które większość drużyn traktuje z taką pogardą, jak trener Fornalik sparing z RPA, o tyle jeśli nawet w takich spotkaniach ktoś rzuca ze skutecznością ok. 20 proc., nie jest to dobry znak. Odpowiedź na pytanie o to, ile naprawdę wart jest Jeremy Lin, była w te wakacje warta więcej niż nowy apartament Pata Rileya. Rockets zaryzykowali i za zawodnika, którego raptem pół roku wcześniej zwolnili, choć zarabiał u nich grosze, dali miliony. Wygląda na to, że Rockets przyjdzie zapłacić rachunek za imprezę, w której nie brali nawet udziału.

Tomasz Bielan