Katownicy i kalecznicy – wyd. 5

Kevin Durant /fot. Flickr

Jeden z wyróżnionych dziś zawodników jest dwukrotnym mistrzem NBA, do niedawna jednym z jej najbardziej wszechstronnych zawodników i zdobywcą nagrody dla najlepszego rezerwowego ligi, drugi w wieku dziewiętnastu lat nie potrafił wycisnąć 84 kilogramów, skakał niżej niż Greg Oden i był od niego wolniejszy.

Katownik tygodnia: Kevin Durant

W tym tygodniu wielu zawodników wyróżniło się na plus, każdemu z nich można jednak coś zarzucić. Anderson Varejao i Kevin Love rewelacyjnie zbierali i punktowali, ale ich drużyny wygrały w sumie tylko jeden mecz. Zach Randolph miał niezłe statystyki i wygrał z Grizzlies wszystkie spotkania, ale do zwycięstwa zabrakło mu jednak kilku dodatkowych punktów i zbiórek w każdym meczu. Tyson Chandler trafiał z gry ze skutecznością ponad 80 proc., ale mimo tego nie był nawet najlepszym zawodnikiem w swojej drużynie. Z kolei Kobe Bryant grał rewelacyjnie, w pojedynkę ciągnął Lakers, jednak przypominało to trochę jego występy z czasów, gdy rzucał po 50 punktów w co drugim meczu, a zespół i tak przegrywał. Wreszcie LeBron James miał imponujące statystyki, jednak Heat grali w tym tygodniu zaledwie dwa razy. Wyróżnić można by też człowieka odpowiadającego w Waszyngtonie za dobór muzyki. Po pierwszym w tym sezonie zwycięstwie Wizards (z Blazers), zgromadzeni w Verizon Center usłyszeli piosenkę „All I do is win”. I choć był to niewątpliwie przejaw jakiegoś rodzaju katownictwa, nie takie wyczyny są jednak w tym miejscu nagradzane. W ten sposób, drogą eliminacji, na placu boju został tylko chudy lider Thunder, którzy wygrali trzy z czterech ostatnich spotkań, w tym jedno, z Bobcats, różnicą aż 45 punktów. Sam Durant niczego specjalnego nie dokonał, jednak jego osiągnięcia są bardziej zbilansowane, niż  zawodników wymienionych wcześniej. W ostatnim tygodniu skrzydłowy z Oklahomy zdobywał kolejno 29, 37, 18 (ale w zaledwie 26 minut) i znów 37 punktów, do tego dorzucił po 6 zbiórek, trafiał ponad 50 proc. rzutów z gry i spudłował zaledwie trzy z trzydziestu dziewięciu rzutów wolnych. Jak widać, czasami aby zostać wyróżnionym, lepiej się za bardzo nie wyróżniać.


Kalecznik tygodnia: Lamar Odom

Gdyby stworzyć listę zawodników, którzy grają w tym sezonie gorzej niż  kojarzony teraz głównie jako „ten gruby mąż jednej z sióstr Kardashian” Odom, byłaby ona  krótsza niż spodenki Johna Stocktona. Natomiast lepszą od niego grą i statystykami (przy zbliżonej ilości minut spędzanych na parkiecie) mogą się pochwalić innymi tacy „gracze”, jak Anthony Tolliver, Charlie Villanueva, Ian Mahinmi, Greg Stiemsma, czy Hasheem Thabeet. W tym momencie dwukrotny mistrz NBA notuje średnio 1,6 punktu, trzy zbiórki i 0,8 asysty na mecz, trafiając przy tym 24 proc. rzutów z gry i 13 proc. za trzy. Nie wykorzystał też dotąd żadnego rzutu wolnego, ale trzeba uczciwie zauważyć, że miał ku temu tyko dwie okazje, bo nikomu nie opłaca się faulować zawodnika, który sam jest swoim największym przeciwnikiem. W ostatnim tygodniu Odom grał tak, jakby liczył, że nikt go na boisku nie zauważy i nie będzie musiał się tłumaczyć ze swojej żałosnej postawy – w ciągu w sumie 56 minut, które spędził na parkiecie, oddał zaledwie sześć rzutów (trafił dwa, czyli lepiej niż średnia w sezonie!), zanotował jedenaście zbiórek, a mimo 208 centymetrów wzrostu nie udało mu się nikogo zablokować. Dołożył do tego trzy asysty, pięć przechwytów i tylko dwie straty, marna to jednak pociecha dla kibiców Clippers, jego partnerów z drużyny i całej ludzkości.

Tomasz Bielan

Komentarze

komentarzy