Katownicy i Kalecznicy – wyd. 4

Kobe Bryant i Jeremy Lin /fot. Flickr

Tym razem na tapetę trafiają zawodnicy, z których jeden jest na ustach kibiców od szesnastu lat, oraz taki, który w tym sezonie tylko raz zdobył co najmniej szesnaście punktów.

Katownik tygodnia: Kobe Bryant

Kiedy w dorocznym rankingu najlepszych zawodników NBA na stronie magazynu SLAM Kobe znalazł się na czwartym miejscu (za LeBronem Jamesem, Kevinem Durantem i Chrisem Paulem(!!!)), większość komentujących listę czytelników była oburzona, uważali bowiem, że lider Lakers zasłużył najwyżej na szóste, a nawet ósme miejsce. Z jednej strony, można to zrozumieć; drużyna z Los Angeles drugi rok z rzędu odpadła praktycznie bez walki w drugiej rundzie play-off, Kobe przez całe rozgrywki grał bardzo dobrze, ale nie rewelacyjnie, a pojawienie się w drużynie Dwighta Howarda zwiastować mogło zmniejszenie roli Bryanta.

Z drugiej jednak, ci świetnie zorientowani komentatorzy zapomnieli chyba o jednej, ale za to najważniejszej sprawie: Kobe to Kobe i tyle razy, ile wydawało się, że jest skończony, tyle razy udowadniał, że jest inaczej. Tak było po półfinale konferencji w 1997 roku, kiedy Lakers przegrali z Utah Jazz, a on sam w końcówce zaliczył aż cztery airballe. W sezonie 2004-05, kiedy pierwszy i jedyny raz w karierze nie wszedł ze swoją drużyną do play-off, a także po przegranych finałach 2008 roku, kiedy dość powszechnie uznano, że choć Bryant jest wielkim zawodnikiem, nie potrafi być liderem na miarę mistrzostwa – fani i eksperci go skreślali, a on udowadniał im, iż się mylili.

Teraz wydawało się, że Kobe jest już za stary, by znów wznieść się na najwyższy poziom i poprowadzić przebudowaną drużynę do ziemi obiecanej, czyli co najmniej finału ligi. I choć wciąż nie wiadomo, na co tak naprawdę stać Lakers, to sam Bryant rozgrywa dotychczas prawdopodobnie najlepszy sezon w karierze. Pierwszy raz w życiu trafia z gry ze skutecznością powyżej 50 proc., za trzy powyżej 40 proc., do wczoraj trafiał też ponad 90 proc. swoich prób z linii rzutów wolnych. Jest liderem drużyny w asystach i przechwytach, a przede wszystkim pozostaje jej jedynym zawodnikiem, na którego można liczyć w każdym meczu. W ostatnim tygodniu Lakers wygrali trzy z czterech spotkań, Kobe zdobywał w nich średnio 29 punktów, zbierał pięć piłek i rozdawał ponad sześć asyst, a w wygranym meczu z Houston po raz pierwszy od dwóch lat zanotował triple-double. Także w przegranym wczoraj spotkaniu z Kings zagrał świetnie, a porażka była efektem słabej gry podkoszowego duetu Gasol – Howard. Nieźle, jak na szóstego – ósmego zawodnika ligi.


Kalecznik tygodnia: Jeremy Lin

Po tym, jaką skalę osiągnęło zjawisko znane jako Linsanity w lutym i marcu, jego bohater musiał wiedzieć, że właściwie niemożliwym będzie nie tylko spełnienie wygórowanych oczekiwań, jakie wobec niego mieli nie kibice Houston, ale także zamknięcie ust krytykom, którzy jego wybitne osiągnięcia w koszulce Knicks uważali za wypadek przy pracy. Ten sezon potwierdza, że właściwym miejscem dla bajek, takich jak ta o wybitnym zawodniku, którego talent nie został od razu dostrzeżony, są książki i filmy, a nie parkiety zawodowej ligi.

Lin nie tylko nie jest w stanie grać na poziomie z najlepszego miesiąca jego życia, ale nawet na takim, który uzasadniałby jego miejsce w pierwszej piątce swojego zespołu. Rockets wygrali tylko jeden z ostatnich czterech meczów i chyba nie bez powodu było to akurat spotkanie, w którym Lin zagrał najkrócej, bo tylko 26 minut. Nawet w tak krótkim czasie zdążył jednak stracić piłkę aż pięć razy i spudłować siedem z dziewięciu rzutów z gry, w tym obydwa za trzy. W całym tygodniu średnie „lidera” zespołu z Houston wyglądają podobnie – Lin trafił 12 z 41 rzutów z gry, w tym ŻADNEGO z sześciu za trzy, rozdawał co prawda średnio siedem asyst, ale do tego notował po 3,5 straty, a jego współczynnik +/- wyniósł w sumie aż -27, choć Rockets w tych spotkaniach zdobyli tylko o siedem punktów mniej niż rywale.

Tomasz Bielan

Komentarze

komentarzy